Historia Cry Baby ma swoją kontynuację. Przy pierwszym albumie Melanie Martinez musiała działać wyobraźnia słuchacza. Mieliśmy melodię, słowo i produkcję. Reszta zależała on naszej inwencji twórczej i tego, jak daleko posunięta jest nasza wyobraźnia. Tym razem, przy „K-12”, amerykańska artystka postanowiła sama pokazać nam to, w jaki sposób powinniśmy odczytać album. Jak wewnętrznie go zilustrować. Zrobiła to za pomocą pełnometrażowego filmu, który przeniósł nas w świat K-12.
Fabuła filmu zaczyna się od tego, że nastoletnia Cry Baby zaczyna pierwszy rok w liceum. Trafia tam ze swoją przyjaciółką. Łączy je wiele. Nadprzyrodzone moce, uczucie odosobnionych i wyśmiewanych na szkolnych korytarzach. Jest jeszcze jeden cel – zwalczenie systemu K-12. Do tego potrzebny będzie zgrany zespół, który tak jak ona posiada magiczne moce, ale także odpowiednie rozeznanie w terenie i rozpoznanie, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem.
K-12 trwa niespełna półtorej godziny. W tej półtorej godziny trzeba umieścić wszystko. Minimum minutowy fragment każdej kompozycji z nadchodzącej płyty, ale także skleić sensowną fabułę, żeby nie zanudzić widza. I może podczas seansu nie można się nudzić, ale z pewnością można czuć się rozdartym pomiędzy scenami. Zderzyć się ze ścianą i mieć poczucie, że coś tu nie trzyma się całości. Melanie jako reżyserka sprawdziła się dobrze, ale brakowało nad Nią kogoś, kto połączy punkt A z punktem B, a punkt B z punktem C.
Mamy do czynienia z niedokończonymi scenami, które kończą się po prostu czarnym ekranem. Z jednej scenografii i historii przenosimy się do drugiej, kompletnie innej. Każda scena, to inna opowieść ze szkolnego życia. Inna historia z pojedynczymi, wspólnymi mianownikami i celem – destrukcją systemu szkolnego. Doskonale wiem, co Melanie Martinez chciała osiągnąć. Jednak całość znacznie lepiej wyglądałaby gdyby została podzielona na chaptery. Coś w stylu: „Chapter 6: Drama Club”. Wtedy byłbym spełniony artystycznie.
I jedno trzeba przyznać Melanie. W sumie to wiele. Ale zacznijmy od tego, że w tej okrojonej fabule i wąskich dialogach, zostało pokazane wiele. Rozmowy choć okrojone (często też monologii z off’a) poruszały dość ważne tematy dla dojrzewających nastolatków, ale także dorosłych ludzi, którzy mają problemy z własną akceptacją. Melanie Martinez ubolewa i opłakuje próżność współczesnego społeczeństwa. Dostaje się Donaldowi Trumpowi i kulturze tradycjonalistycznej. Ten film to jedna walka o wyrwanie się z marazmu i walce o własne „ja” – batalii o oryginalność i życie w zgodzie z samym sobą. K-12 daje do myślenia. Osoby, które odbierają go dosłownie nie zrozumieją jego przesłania. Ten film to jedna wielka metafora, która odczytana linearnie i dosłownie, wzbudzi niezrozumienie. Specyfika tego filmu sprawi, że jedni go pokochają a inni przejdą obojętnie i uznają go za totalnego gniota.
W tych ciasnych ścianach półtoragodzinnej fabuły odniosła się do molestowania seksualnego w szkołach, wykorzystywania i prześladowania przez drugie osoby, walki o własną wolność oraz konsekwencji z niej płynących. To także zbiór cennych, życiowych sentecji, które pozwolą zaakceptować nam nasze słabości. Pogodzić się z naturalnym biegiem naszego życia i nie traktować okresu, jako coś wstydliwego i społecznie zakazanego. W baśniowy sposób Melanie zrywa wszystkie łatki i wyrywa nas z tematów tabu.
W filmie zawarto sporo odniesień kulturowych i politycznych, których znajomość dodawała smaczku. Ci, którzy nie wiedzą chociażby kim była Lilith, nie będą czerpali aż takiej frajdy z K-12. Trzeba też dobrze znać historię z pierwszego albumu. Jest sporo odniesień.
Innym ważnym wątkiem jest scenografia i kostiumografia. Za to Melanie powinna zostać wyróźniona nagrodami w swojej kategorii. Od czasów Alicji w Krainie Czarów nie widziałem tak dobrze stworzonych scen. Stroje dorównywały tym, zaprezentowanym w „Faworyzice”. Artystka pięknie doszlifowała najmniejsze szczegóły. To estetyczna uczta dla oczu i serca. Dzięki blichtrowi i blaskowi bijącemu z każdej klatki, Martinez stworzyła lukrową, fantastyczną atmosferę, w której widz utrzymuje się po wyjściu z kina.
Wisienkę na torcie stanowi choreografia. Jest kilka tanecznych scen. Niektóre przypominają te, z początków kariery Britney Spears – chociażby „Hit Me Baby One More Time”. Kontrola ciała wokalistki zapierała dech w piersiach, a jeszcze większe wrażenie wzbudziła po końcowych napisach, z których dowiedzieilśmy się, że na nauczenie się pięciu układów miała zaledwie kilka dni. Kilka dni dla dziewczyny, która nie miała nic wspólnego z tańcem. Kilka dni ciężkich prób, żeby osiągnąć tak spójny i zsynchronizowany efekt w scenach musicalowych.
K-12 przede wszystkim daje do myślenia. Tak jak wspomniałem na początku, to fantastyczna metafora okresu szkolnego, sytuacji politycznej oraz marazmu, w którym tkwi społeczeństwo. To też lekcja dorastania, odkrywania nowego – zakazanego. Melanie rozliczyła się też ze swoją przyszłością i niedawną aferą z jej ówczesną przyjaciółką. Pomimo że oko i ucho zostało nacieszone, tak ze względu na tak okrojoną fabułę i dialogi, nie wyobrażam sobie obejrzeć tego filmu drugi raz. Po prostu wiesz, że nic z niego nie wyciągniesz. Wyciskasz wszystkie soki i delektujesz się każdą kroplą, ale kiedy już wszystko zjesz – nie masz ochoty na kolejną porcję tego samego soku.

