Kto choć trochę zna twórczość Buble ten doskonale wie, jaki będzie ten album. Kto usłyszał It’s a Beautiful Day wie, że ten album będzie jeszcze lepszy. Cóż, jest bardzo dobry i bardzo Buble’owy. Cokolwiek to znaczy.
Aż cztery nowe utwory Buble napisał na ten album. Nie zrobił tego sam, jednak brał w tym udział. I są to bardzo dobre utwory – od nich zacznę. Po pierwsze singlowe It’s a Beautiful Day to kompozycja wręcz doskonała. I idealnie oddaje ducha albumów – zarówno w tytule, jak i w samej kompozycji. To piękny dzień – piękny album. Drugą kompozycją w klimacie singla jest After All nagrane z Bryanem Adamsem. Ten kawałek nie spodobał mi się już tak, jak It’s a Beautiful Day, jednak lubię go. Jednak dla mnie perełką i prawdopodobnie najlepszym utworem na krążku jest ballada Close Your Eyes. U mnie dumnie będzie stała na początku szeregu. Zdecydowanie – obok Home – jest to najpiękniejsza kompozycja jaką Buble napisał w swojej karierze.
Cieszę się bardzo, że Kanadyjczyk nie zapomniał o swoich koleżankach, The Puppini Sisters. Dziewczęta, które urzekły mnie na albumie Christmas, są i tutaj – w równie urzekającym i zjawiskowym numerze Nevertheless (I’m in Love with You) (w oryginale, jako pierwszy nagrał go Bing Crosby). Jest to typowy Buble – jeśli w ogóle coś takiego istnieje. Określiłbym to jazzop albo popezz, czyli mieszkanka popu i jazzu. Krążek ładnie można określić jako muzykę dla dojrzałych (nie tylko pod względem wieku) słuchaczy.
Idąc dalej, kolejne kawałki, które na stałe zagościły w moim odtwarzaczu: To Love Somebody, You Make Me Feel So Young czy To Be Loved. Wszystkie brzmią inaczej, nieteraźniejszą. Są wyrwane z historii, okraszone nutką współczesności i idealnie zaśpiewane przez ciepły i miły dla ucha głos Michaela. Wcale nie dziwię się, że panie rozpływają się nad głosem Buble, a panowie mu zazdroszczą. Jest to taki typ głosu, że na pewno wielu damom nogi się uginają słysząc tego – podkreślę: zajętego i oczekującego na narodziny swojego pierwszego dziecka – Kanadyjczyka. :)
W przeciągu kilku lat Michael Buble wytworzył sobie odpowiednio wielką i ciągle powiększającą się bazę fanów śpiewając głównie covery. Trafił w dziesiątkę odtwarzając nam utwory, które wszyscy znają. Utwory, które gdzieś tam są stare, zapomniane. Buble je odświeża, dodaje im trochę nowoczesności, robi je po swojemu – jednocześnie zachowując ich dawny, retro urok.
Nie wiem dlaczego, ale słuchając końcówki albumu mam wrażenie słuchania soundtracka do jakiegoś filmu. To Be Loved kończy się znaną frazą melodyjną popularną w starych filmach, You’ve Got a Friend in Me jest wspaniałe i idealnie wpisujące się w moją tezę filmowości tego albumu. No i nie wolno zapomnieć w ilu filmach został on użyty – między innymi w bajce mojego dzieciństwa, Toy Story. Jest w nim coś takiego – może to akurat dobór utworów – że dla mnie jest to album kinowy, filmowy. Może to tylko ja, może tylko mnie ciężko jest to wytłumaczyć, ale tym odczuciem się muszę podzielić.
http://www.youtube.com/watch?v=8NaYf8F8V1A
Co mi się marzy? Nic, Michael nagrał idealny album. Niech nie zmienia nic, niech nagrywa dalej to, co nagrywa, niech dalej odświeża mi te wszystkie utwory. Dobra, naszła mnie myśl – panie Buble, zaśpiewaj pan panie. Weź na tapetę Arethę i wykonaj I Say a Little Prayer i Bridge Over Troubled Water. Weź Robertę Flack i wykonaj tak kochane przeze mnie The First Time Ever I Saw Your Face oraz Killing Me Softly With His (Her?) Song. I w końcu, weź Ettę James i zaśpiewaj cokolwiek, bo ona miała tego od groma. At Last, Id’ Rather Be Blind czy np. All I Could Do Was Cry. O tak, marzyłbym sobie album o pięknej nazwie Buble sings Women. Tymczasem wracam do To Be Loved, bo to też jest przecież arcydzieło.
