Site icon All About Music

Michael Bublé – To Be Loved (2013), recenzja Filipa Wiącka

Michael Bublé to kanadyjski wokalista wykonujący muzykę z pogranicza vocal jazzu, tradycyjnego popu oraz adult contemporary. Poznałem (choć to może za dużo powiedziane) go kilka lat temu, zobaczywszy w jakiejś gazecie wzmiankę o jego płycie. Nie zainteresowałem się jednak jego twórczością. Pojedyncze single lubię, ale żadnej z poprzednich płyt nie przesłuchałem. W tym roku wyszło jego nowe dzieło. I pomyślałem: czemu nie?

Jak wspomniałem już na wstępie Michael gra muzykę zahaczającą o jazz, ambitny pop i adult contemporary. Ten ostatni gatunek idealnie opisuje zawartą na To Be Loved muzykę. Te piosenki nie mają trafić do nastolatków, biernych słuchaczy komercyjnych stacji radiowych. Jak pisze to ciocia Wikipedia: Grupą docelową formatu są głównie kobiety i mężczyźni w wieku 30-54 lat. Choć do trzydziestki jeszcze trochę mi zostało, to już dziś mogę powiedzieć, że podoba mi się prezentowana przez Bublé’a muzyka.

Pierwszym singlem promującym album została piosenka It’s a Beautiful Day. Jak można wnioskować z tytułu, to wesoły, pozytywny kawałek. Wokalista śpiewa o zakończonym związku. Nie jest jednak przytłoczony zerwaniem – cieszy się z niego:

When you said goodbye, my whole world shines (PL: Kiedy powiedziałaś: „do widzenia”, cały mój świat zaczął lśnić).

It’s a Beautiful Day to godna zapowiedź całego krążka. I jeśli komuś singiel przypadł do gustu, to reszta albumu spodoba mu się nie mniej.

Album został podzielony mniej więcej po równo. Z jednej strony otrzymujemy przebojowe, pozytywne utwory. Z drugiej te spokojniejsze. W którym „wydaniu” Bublé bardziej mi się podoba? W obu wypada dobrze, ostatecznie postawiłbym jednak na te bardziej przebojowe kawałki. Szczególnie uwielbiam otwierające płytę You Make Me Feel So Young. Charakteryzuje się bogatą aranżacją i wykorzystaniem instrumentów dętych. To świetny, nieco kabaretowy numer. Tylko mniej lubię It’s a Beautiful Day. Ładne jest też chociażby Who’s Lovin’ You. To dobra, soulowa piosenka. Od wykonania Michaela bardziej podoba mi się jednak oryginał i wersja The Temptations. Trudno jednak, żeby przeróbka artysty brzmiała jak piosenki z lat 60. Ostatnio przekonałem się również do porywającego do tańca Come Dance With Me.

Do żywszych piosenek należy również After All. Od tych wyżej opisanych różni je jednak to, że to duet. Obok Michaela pojawia się w niej Bryan Adams. Choć nie zagłębiałem się dokładniej w jego dyskografię, to wiele jego piosenek bardzo lubię. Niestety ta, którą nagrał z Bublém, jest średnia. Co prawda ma w sobie energię, to przebojowy numer, ale nie zachwycił mnie jakoś szczególnie. Podoba mi się jednak brzmienie perkusji w utworze. After All to nie jedyna kolaboracja na To Be Loved. Pozostałe są spokojniejsze i po prostu od After All lepsze. Całkiem podoba mi się ładne i urocze Nevertheless (I’m in Love with You) z udziałem kobiecego chóru The Puppini Sisters. Trochę gorzej z utworem Have I Told You Lately That I Love You, w którym z kolei gościnnie pojawił się chórek Naturally 7. O ile jednak ten z Nevertheless (I’m in Love with You) uważam za bardzo ładny i pasujący, o tyle ten nie bardzo mi się podoba. Jednak za zdecydowanie najlepszą ze wszystkich kolaboracji uważam tą z Reese Witherspoon. Utwór Somethin’ Stupid znałem już wcześniej. Szczególnie wersja Robbiego Williamsa bardzo mi się podoba. Jednak i tej nagranej przez Michaela niczego nie brakuje. To całkiem spokojna, ale ładna piosenka. Podoba mi się zastosowanie latynoskiej gitary.

Choć Somethin’ Stupid bardzo lubię, to przyznam, że spokojne kawałki wokalisty mniej mi się od tych przebojowych podobają. Zupełnie nie podchodzi mi To Love Somebody. Bliskie sąsiedztwo utworu It’s a Beautiful Day tylko mu szkodzi. To nudna, nic niewnosząca piosenka. Podobnie sprawa ma się z Close Your Eyes oraz bardziej teatralnym (ale nieco tylko ciekawszym) To Be Loved. Co innego jednak dwa ostatnie utwory z płyty. Szczególnie uwielbiam I Got It Easy. To ballada bardziej rozbuchana od innych z płyty. Ma bogatszą aranżację. I bardzo szybko wciąga. Ładnie przedstawia się również Young at Heart. To dobre zakończenie przygody z To Be Loved.

Choć z początku płyta znudziła mnie, udało mi się do niej przekonać. Bublé stworzył dobry, nieco jazzowy krążek, który brzmi, jakby był wyjęty z innej epoki. Nic dziwnego – aż 10 z 14 utworów to covery. Jednak i piosenki napisane specjalnie na To Be Loved brzmią tak cudownie niedzisiejszo. Wiadomo – w 2010s króluje już inna muzyka. Dlatego utwory artysty cenię jeszcze wyżej.

[one_half last="last"][/su_column]

Exit mobile version