Site icon All About Music

Throwback Review: Reni Jusis – Trans Misja (2003), recenzja Jakuba Kopanieckiego

Reni Jusis, nazywana często i słusznie „Królową polskiej elektroniki”, w ciągu dwudziestoletniej już kariery flirtowała z hip-hopem, R&B, klasycznym disco, pachnącym lakierem do włosów popem lat osiemdziesiątych i bardziej współczesnymi brzmienia z pogranicza house i muzyki tanecznej. W tym szaleństwie zawsze jednak była metoda, czego najlepszym dowodem jest, moim zdaniem, najambitniejsze dzieło artystki – wydana w 2003 roku Trans Misja.

Aż trudno uwierzyć, że album ten powstał zaledwie pięć lat po nieśmiertelnej Zakręconej. Trudno też uwierzyć, że świętujemy 15-lecie jego premiery, bo brzmienie, innowacyjne jak na swoje czasy i nasz rodzimy rynek, pozostało zaskakująco świeże. Otwierający album, aż dziewięciominutowy utwór Wynurzam się tłumaczy tytuł całej płyty – jest bardzo uczuciowy, przekazuje stan emocjonalny artystki, a jednocześnie wprowadza słuchacza w trans swoim brzmieniem. To szalenie zgrabne połączenie rozpędzonej linii basu z ambientowymi niemal syntezatorami, spośród których, nomen omen, wynurza się głos Reni Jusis. Wokal nie dominuje – jest bardzo oszczędny, silnie przetworzony i efektownie stapia się z muzyką. Kompozycja jest najbardziej złożonym utworem na płycie i przypomina niemal opowiadanie, pomimo prostoty swojego tekstu.

Na drugim biegunie mamy utwory ocierające się brzmieniem niemalże o techno i muzykę rockową. To przede wszystkim największy przebój z płyty (i jeden z największych przebojów Reni Jusis w ogóle) Kiedyś Cię Znajdę, zbudowany z miękkiego, elektronicznego tła z dominującymi nad nim riffami gitary elektrycznej i, tym razem, bardzo wyraźnym, mocno osadzonym głosem wokalistki. Zaskakuje również szalone It’s Not Enough, wprowadzające w trans niemal narkotyczny – jest głośne, agresywne, niedające słuchaczowi chwili wytchnienia. To też bodaj jedyna piosenka, na której angielski Reni Jusis wypada przekonująco – jej dość twardy akcent znakomicie łączy się z szorstkim, „brudnym” charakterem piosenki.

Rasowe wydawnictwo popowe nie może obejść się bez ballad, w tym wypadku jednak piosenek nie pozbawiono elektroniczno-tanecznego charakteru. Ostatni Raz (Nim Zniknę), kolejny przebój z płyty, swoim brzmieniem i treścią najsilniej nawiązuje do Wynurzam Się, prezentując prosty, acz ujmujący, miłosny tekst i ambientowe tła. Głos wokalistki jest mocno przetworzony elektronicznie, co spaja go z tkanką instrumentalną, ponownie dając transowy charakter. Nie rozczarowuje również sentymentalne Kto Pokocha, najspokojniejsza propozycja na Trans Misji, stawiająca na piedestale bardzo zmysłową linię wokalną.

Artystka do dzisiaj znana jest z bardzo świadomego sięgania po kicz, tutaj rezultaty są jednak dwojakie. Z jednej strony mamy znakomite Raczej Inaczej, zbudowane z pogodnej, dziecinnej niemal melodii i żartobliwego tekstu o mężczyźnie, który tak się wyróżnia, że chyba „z księżyca spadł”. Cieszy to, że pośród utworów traktujących głównie o miłości (i to niezbyt szczęśliwej), znalazło się miejsce dla społecznego komentarza. Co jednak martwi, piętnaście lat później tekst piosenki nie stracił na aktualności, a inność, różnorodność i chęć zmiany traktowane są nadal jako dziwactwo i bujanie w obłokach.

Z drugiej strony mamy dość pomysłowo, ale w świetle całego albumu przeciętnie wypadający Let’s Play Pink Ping Pong, w którym przede wszystkim mocno kuleje angielski akcent Reni Jusis. Utwór ten stanowi wyraźne echo wydanej dwa lata wcześniej Elektreniki, jednakże charakterystyczny dla poprzedniej płyty cukierkowy kicz nie jest już tak sprawnie trzymany na wodzy. Odczuwa się również dużo mniejszy ładunek emocjonalny w zestawieniu z pozostałymi utworami na krążku.

Jak podsumować świętującą swoje 15-lecie Trans Misję? Czas potraktował ją bardzo łagodnie – moda na brzmienia inspirowane poprzednimi epokami trwa w najlepsze, a Reni Jusis na polskim rynku była w tej dziedzinie pionierką. Wielu może zarzucić zbyt banalną tematykę tekstów, lub ich skrajną niemal oszczędność (zwłaszcza w porównaniu z wydanym w 2016 roku Bang!, który w każdym bodaj utworze odnosił się do współczesnego społeczeństwa), trzeba mieć jednak na uwadze zamysł całego albumu. Nie ma być on przegadany, ale ma wprowadzić słuchacza w trans i robi to wyśmienicie. Trans Misja to muzyczna podróż, od ambientu po techno, od miłości po gniew. Chce się po niej tylko więcej, ale nie nazwałbym tego w żadnym wypadku niedosytem. Wsłuchując się w single z nadchodzącej Ćmy można się spodziewać, że głód ten zostanie jednak nareszcie zaspokojony.

Exit mobile version