Jaka jest najsmutniejsza płyta w historii polskiego rynku fonograficznego? Gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i przystawiając lufę pistoletu do mojej skroni zadał to pytanie, bez chwili zawahania odpowiedziałbym Myslovitz – Korova Milky Bar. O piątym albumie w dyskografii mysłowiczan opowiem co nieco w dzisiejszej recenzji.
Zdaniem wielu krytyków, a nawet członków zespołu, Korova Milky Bar to najlepsza pozycja w dyskografii Myslovitz. Nic w tym dziwnego. Ten album jest jak film bez happy endu, a zawarte na nim teksty mogłyby fukcjonować jako tomik wierszy o bólu, strachu i życiu bez perspektyw. To jednocześnie najbardziej przygnębiająca, jak i najdojrzalsza pozycja w katalogu Myslovitz, a może nawet w polskiej muzyce w ogóle.
Inspiracją do tytułu krążka był fikcyjny bar mleczy „Korova” wykreowany na potrzeby best-sellerowej książki Anthony’ego Burgessa Mechaniczna pomarańcza, a także jej późniejszej adaptacji filmowej autorstwa legendarnego Stanley’a Kubricka. Co ciekawe, była to jedyna płyta Myslovitz, której tytuł oraz concept powstały jeszcze przed wejściem do studia.
Początek płyty muszę określić mianem przynajmniej zaskakującego. Po otwierającym płytę, pełnym niepokoju singlu Sprzedawcy marzeń, który osobiście uważam za jeden z najbardziej sztandarowych utworów grupy z Mysłowic, przychodzi kolej na optymistyczny Acidland. Powiedzieć, że treść tego utworu pasuje do reszty płyty jak pięść do nosa, to jak nie powiedzieć nic. Nawet w głosie Artura Rojka słychać ironiczny ton. Przekornie, jest to piosenka, która z całej płyty najczęściej gości na antenach rozmaitych stacji radiowych.
Przeglądając archiwalne recenzje zauważyłem, że krytycy najczęściej przyczepiali się do utworu Wieża melancholii twierdząc, że jest nudny i smętny. Osobiście nie mógłbym wyobrazić sobie tego kawałka w innej formie. Myslovitz w akustycznej odsłonie to według mnie strzał w dziesiątkę. Świetnie wpisuje się w ponurą tematykę płyty.
Niektóre kawałki zawarte na Korovie odniosły większy sukces dopiero wtedy, gdy na rynku pojawiła się anglojęzyczna edycja albumu przeznaczona do promocji grupy za granicą. Jedną z takich piosenek jest moje ulubione Za zamkniętymi oczami, które przebiło się do szerszego grona odbiorców pod angielskim tytułem Behind closed eyes. Osobiście preferuję oryginalną wersję, pewnie dlatego, że poznałem ją wcześniej i z miejsca się w niej zakochałem.
Kiedy słucham tekstów z tej płyty, mam wrażenie, że miały one posłużyć za rodzaj autoterapii, którą zafundował sobie Rojek. Najlepszymi przykładami będą tutaj dwa kawałki o astronomicznie długich tytułach. Mowa oczywiście o Kilka błędów popełnionych przez dobrych rodziców i Nigdy nie znajdziesz sobie przyjaciół jeśli nie będziesz taki jak wszyscy. W tym miejscu mógłbym opisywać treść tych autobiograficznych, a jednak uniwersalnych utworów, lecz wydaje mi się, że ich nazwy mówią wystarczająco dużo.
Utwór Chciałbym umrzeć z miłości z biegiem lat urósł do rangi prawdziwego hymnu polskiej sceny alternatywnej. Jego wysoka pozycja w każdym notowaniu Topu wszech czasów Trójki nie powinna nikogo dziwić. Jeżeli, tak jak wcześniej wspomniałem, Korovę możemy odbierać jak film bez happy endu, to właśnie ten kawałek byłby jego punktem kulminacyjnym. Zdecydowanie najbardziej reprezentatywny moment dla całości płyty.
Ostatnimi czasy albumy Myslovitz po kolei pojawiają się w serwisach streamingowych. Miejmy nadzieję, że na płytę, która jest bohaterem tego wpisu także przyjdzie pora. Tymczasem musimy zadowolić się teledyskami z Vimeo. Moim zdaniem obrazki przygotowane z myślą o tych piosenkach oddają ducha epoki, w jakiej album powstawał. Są odrobinę kiczowate, tak jak wszystko, co miało swoją premierę w pierwszych latach dwudziestego pierwszego wieku. Mimo to, mają w sobie swego rodzaju urok.
Grupa z Mysłowic stworzyła w 2002 roku kolejny filar w swojej dyskografii. Z dzisiejszego punktu widzenia, ciężko jest mi wyobrazić sobie polską muzykę bez tego, co kilkanaście lat temu stworzył zespół Artura Rojka.

