Gdy wydajesz jedną z najbardziej rozerotyzowanych płyt wszech czasów, to wiedz, że za chwilę stanie się to dla ciebie kompletnie nieciekawe, a na dobranoc zadowolisz się zwykłym przytulaniem, zamiast namiętnych pocałunków. Bedtime Stories był właśnie takim przytulaskiem względem swojego poprzednika, jakim był album Erotica, niby nadal mowa o sferze intymnej, a jednak to już zupełnie inna, nowa fantazja.
Szósty w karierze legendy muzyki pop Madonny krążek obchodzi w tym roku ćwierćwiecze swojego istnienia i co by nie mówić, zestarzał się godnie i całkiem szlachetnie. Jak już wspomniałem, Bedtime Stories było swoistą kontynuacją tego co znalazło się na albumie Erotica, gdzie nadal panowała łóżkowa atmosfera, jednak tym razem nie miał aż tak ordynarnego wydźwięku, choć z pewnością niektóre na nim teksty i tak mogły ówcześnie szokować. Co ciekawe, krążek ten był również pewnego rodzaju zwiastunem jednej z najbardziej cenionych dzieł Królowej Popu, czyli Ray Of Light, którego cichutkie kroczki najlepiej słychać w Sanctuary, czy Bedtime Story. Pomijając jednak kontekst powstania tego albumu, a skupiając się na tym czym jest jako pojedyncze dzieło, to tu mam już dużo większą zagwozdkę.
Bedtime Stories jest krążkiem dobrym, jednak nie jest albumem. Co mam na myśli? Pomimo względnie wysokiego poziomu utworów na niego się składających, to nieszczególnie udaje im się stworzyć zwartą, spójną całość. Zaczyna się całkiem nieźle. Survival świetnie sprawdza się jako utwór otwierający, ale i jako samodzielna piosenka. Potem następuje Secret, który pomimo zmiany gatunku z R&B, na pop z elementami R&B, utrzymuje mnie w początkowym klimacie, by płynnie przejść z powrotem do klasycznego R&B za sprawą I’d Rather Be Your Lover. Wraz z utworem Don’t Stop coś bezpowrotnie ucieka. Niestety Inside of Me również nie pomaga mi powrócić na tory, które nadały pierwsze trzy kompozycje. Praktycznie od tego momentu Bedtime Stories zaczynam traktować jako kolekcję piosenek i już nie jestem wstanie wsiąknąć w klimat krążka ponownie. Kompletnie brakuje mi na nim tego czegoś, co spaja wszystkie piosenki znajdujące się na danej płycie, by stworzyć niepowtarzalne uczucia. Niestety, Bedtime Stories, choć teoretycznie wszystkie jedenaście piosenek są utrzymane w dość spokojnym łóżkowym klimacie, się po prostu nie udało.
Co do konkretów, to muszę przyznać, że żadna z piosenek na płycie nie jest zła. Wszystkie stoją na bardzo wysokim produkcyjnym poziomie i z pewnością każda z nich znalazła swoich wiernych fanów. Najmniej pasujący do tej muzycznej układanki jest, niestety, Don’t Stop, który przez swoją banalność kompletnie się tu nie sprawdza. Gdyby został wydany dziesięć lat wcześniej, na przykład na debiucie Madonny z roku 1982, czy albumie Like A Virgin, z pewnością pasowałbym tam bardziej, niż tu. Co do plusów, to tych jest zdecydowanie więcej. Uwielbiam wszystkie cztery promujące krążek single, z czego moim ulubionym jest delikatne i spokojne Take a Bow. Uwielbiam też dość eksperymentalne Human Nature oraz oczywiście tytułowy Bedtime Story, który powstał dzięki samej mistrzyni eksperymentów, czyli Björk. Na szacunek zasługuje też proste Secret, którego dwuzdaniowy refren siedzi w mojej głowie już od bardzo dawna. Z pozostałych utworów na gorące słowa zasługuje również wspomniany wcześniej Survival, niedoszły duet z 2Paciem, czyli I’d Rather Be Your Lover oraz zwiastujący przyszłą erę w muzycznym życiu Madonny, czyli Sanctuary.
Z pewnością Bedtime Stories był dla Madonny momentem, by nieco odpocząć od tego co było i powoli się szykować do tego co dopiero miało nadejść. Pomimo teoretycznej muzycznej i stylistycznej spójności, krążek jako taki wydaje się być zaledwie kolekcją dobrych kompozycji, które niekoniecznie do siebie pasują. Nie zmienia to jednak faktu, że utwory te mają coś w sobie i są jednymi z najbardziej charakterystycznych dzieł Madonny, jak i muzyki lat 90.

