
Jedno co trzeba przyznać, że jest to płyta, do której zawsze się wraca. Myśląc o Linkin Park nie mamy raczej na myśli utworów pochodzących z Living Things, czy The Hunting Party. Zawsze nasuwają nam się do głowy kawałki takie Somewhere I Belong, Faint, czy oczywiście From the Inside i Numb. Dlatego też siłą rzeczy, po tych 15 latach wracamy, aby spróbować ocenić to, co właśnie wtedy prezentowała grupa Linkin Park. Album Meteora to przede wszystkim idealne ukazanie możliwości połączenia gatunków. Połączenia mocnych gitar i perkusji, z rytmem wypływającym z klawiszy, czy też syntezatorów. Połączenia rapu, z delikatnym melodyjnym wokalem, za chwilę przeradzającym się w silny (i najlepszy jaki do tej pory znam) scream. Właśnie ta unikalność pozwoliła na to, że w zespole ludzie zakochali się w sekundę.
Zaczynając od samego początku trafiamy na Don’t Stay, gdzie na dzień dobry musimy przywitać się z gitarą i scratchem. Za moment dołącza do tego również wokal Chestera, który co kilkadziesiąt sekund, z barwy względnie stonowanej, zmienia się w silny scream. Następnie czas na jeden z bardziej znanych singli LP, mianowicie Somewhere I Belong. Tutaj mamy trochę powtórkę z rozrywki, jednak po raz pierwszy na krążku pojawia się rap Mike’a Shinody. Rapowana zwrotka, śpiewany… wykrzyczany przez Chestera refren. Piękny w tym utworze jest właśnie fakt łączenia tego, wbrew pozorom, delikatnego śpiewu, z tym niecodziennym „krzykiem”. Lying From You oraz Hit the Floor to utwory, w których główną rolę przejmuje Mike. Sama muzyka też dostosowana jest bardziej do rapu, dzięki czemu minimalnie wycisza się w zwrotkach, aby znów później oddać pałeczkę brudnym gitarom i Benningtonowi.
Mniej więcej w połowie docieramy do Easier To Run, które rozpoczyna się od dziwnego dźwięku, który jakby imitował poślizg. Subtelny wokal Chestera w zwrotkach cudownie pieści uszy, a w tle wspierają go dźwięki perkusji i delikatne syntezatory. Nie jest to najmocniejsza kompozycja spod znaku Linkin Park, ale właśnie taki jej urok, że zahacza o trochę inne strony tej muzyki. Następnie pojawia się niespełna 3 minutowe Faint, czyli drugi singiel krążka. Utwór spokojnie porównać możemy do twórczości jaka pojawia się na Hybrid Theory oraz do typowej kompozycji Linkin Park. Bez fajerwerków, a jednak udana. Następnie w Figure.09 wracamy do silnego brzmienia, aby później trochę przystopować przy Breaking The Habit. Ktoś pamięta jeszcze jak animowany klip do tego utworu krążył na Vivie? Co to były za czasy! Kompozycja odbiega trochę od utworów, które do tej pory poznaliśmy dzięki LP, jednak idealnie wpasowała się w Meteorę, będąc utworem ukazującym trochę wycofany dźwięk zwykle wyraźnych gitar.
Teraz pora na jeden z, można by powiedzieć, hymnów spod znaku Linkinów, a mianowicie From The Inside. Kompozycja, której przedstawiać nie trzeba raczej nikomu. Chyba najlepszy kawałek z Meteory. Dlaczego? Bo mamy w nim wszystko. Zarówno rap, jak i scream oraz momenty delikatnego śpiewu Chestera. Wstawki z brudnej gitary, zamieniającej się zaraz w syntezator i momentalnie wyciszanej, po to żeby zaraz wraz z brzmieniem perkusji wybuchnąć. Do końca pozostało jeszcze tylko Nobody’s Listening, które bardziej pasuje mi do krążka Fort Minor niż Linkin Park, dobry instrumental w postaci Session oraz kolejny z utworów, które znamy wszyscy czyli Numb.
Ciężko jest oceniać krążek z tak dużej perspektywy czasu. Jednak jeśli podpytać fanów, który album Linkin Park lubią najbardziej, jeśli nie odpowiedzą Hybrid Theory, będzie to zapewne właśnie Meteora. Może coś w tym jest, bo to właśnie LP w takim wydaniu pokochał cały świat. To dzięki nim okazało się, że nu-metal można wprowadzić do komercyjnych stacji radiowych i telewizyjnych. A dziesiątki milionów sprzedanych płyt świadczy tylko o tym, jak wielkim zespołem, jest, czy właściwie byli, Linkin Park. Gdyż bez Chestera…. to nigdy nie będzie to samo.

