Site icon All About Music

Throwback Review: Kelis – Tasty (2003), recenzja Zuzanny Janickiej

Czarnoskóra dziewczyna z ogromnym afro na głowie spędza miły czas w typowym amerykańskim barze, popija pysznego shake’a i śpiewa o swoim ogromnym powodzeniu u facetów. Jest rok 2003 i amerykańska wokalistka Kelis ma w końcu swoje pięć minut. Singiel Milkshake uczynił z niej światową gwiazdę. Jakiś czas później ukazała się płyta Tasty, która tylko potwierdziła, że zamieszanie wokół Kelis nie było chwilowe. Co takiego niezwykłego jest w tym albumie? Czy faktycznie jest taki smaczny, jak sugeruje jego tytuł?

Na dobre z Kelis zaprzyjaźniłam się w 2014 roku, kiedy wyrabiałam sobie opinię o jej nowej wówczas płycie FOOD. Jest to dziś niesłusznie zepchnięta na drugi (czy nawet trzeci) plan artystka. Ma wiele do zaoferowania słuchaczom. Imponuje mi jej siła i pewność nie tyle siebie, co swojej muzyki. Jak pokazała debiutancka płyta Kaleidoscope z 1999 roku, Kelis już wtedy była u kresu poszukiwań swojego stylu. Do studia trafiła jako zdefiniowana artystka, a nie tabula rasa. Potwierdziło to Wanderland, potwierdza i Tasty.

Na dwóch pierwszych albumach Kelis miała przyjemność pracować jedynie z The Neptunes (duet producencki tworzony przez Pharrella Williamsa i Chada Hugo). Piosenki z Tasty mają już więcej ojców, dlatego też – wykorzystując zdobytą podczas poprzednich sesji nagraniowych wiedzę – artystka ogłosiła się głównym producentem. Miała pełną kontrolę nad tym, co jej kucharze wrzucają do garnka. Wokalistce podlegali m.in. André 3000, Dallas Austin oraz Raphael Saadiq. Nie zabrakło i niezawodnego duetu The Neptunes.

I’m gonna give you a few things to taste and you tell me what you think

Takimi słowami wita się ze słuchaczami Kelis w chrupiącym Intrze. A dalej jest tylko lepiej. Singlowy przebój Trick Me, łączący rhythm’and’bluesowe rytmy z hip hopowym feelingiem (posłuchajcie, jak Kelis rymuje!), to piosenka, której nie da się nie lubić. Następujące po nim Milkshake sprawia wrażenie numeru “prosto z nowojorskiej ulicy”. Bez większych zwrotów akcji i niepotrzebnego miksowania – to wręcz za dobra kompozycja z wpływami elektroniki. Więcej dzieje się w Keep It Down. Raz Kelis pokazuje nam swoje ostrzejsze oblicze, balansując na granicy hip hopu i rocka, innym razem skręca w stronę balladowego popu.

In Public jest pierwszym (z czterech) duetów, które znajdziemy na Tasty. To pikantna piosenka, w której wokalistce partneruje Nas. Nie przekonuje mnie funkujące Millionaire z André 3000. Wydaje mi się, że utwór ten jest za delikatny i za powolny. Co tam jest wadą, staje się mocną stroną w eleganckim Glow (feat. Raphael Saadiq). Dobre wrażenie robi również druga piosenka Kelis z tym artystą – Attention.

Wracając do solowych nagrań Amerykanki… . Bardzo nowocześnie (jak na tamte lata) prezentuje się utwór Flashback. Wyraziste Protect My Heart zwraca uwagę chórkami, za które odpowiedzialny jest Pharrell Williams. Kelis powinna mieć do niego pretensje, bo skradł jej prawie całe show. Suga Honey Iced Tea kontynuuje wysmakowany klimat Glow. Wspaniałe Rolling Through the Hood uwagę zwraca bardzo melodyjnym, wspartym subtelnymi dęciakami refrenem, a intrygujące Stick Up pojawiającymi się co i raz kosmicznymi dźwiękami rodem z filmów sci-fi. Zamykająca album piosenka Marathon to piękna fuzja ostrych jak brzytwa smyczków i syntetycznych, smacznych bitów.

Bardzo cenię trzy pierwsze płyty Kelis i nie podejmę się odpowiedzi na trudne pytanie, które wydawnictwo lubię bardziej. Jeśli można mieć wszystkie trzy, to po co wybierać? Tasty poleciłabym jednak osobom, które dopiero mówią Kelis cześć. To przystępny album, pełen smakowitych, dobrze doprawionych utworów. Nie trąci banałem, lecz tworzy nową jakość. Jeśli można przyczepić łatkę “kultowy” czemuś, co powstało piętnaście lat temu, to na tej płycie mocuję ją trwałym klejem kropelka. A co.

Exit mobile version