
Zarówno dziś, jak i kilka lat temu uważam, że pierwszy album Jessie J to swojego rodzaju „baby steps” po szeroko rozumianej płaszczyźnie muzyki. To podróż, w której niestety Cornish jest do dziś – choć zdaje się, że płyta R.O.S.E. będzie właśnie tym, na co czekają nie tylko fani, ale również krytycy muzyczni. Wielu artystów już przy fonograficznym debiucie ukierunkowuje swoją twórczość na jeden gatunek, a Cornish błądzi. Na Who You Are pojawiły się typowo popowe produkcje – Price Tag, mocniejsze brzmienia z wyrazistymi gitarami – Do It Like a Dude, emocjonalne ballady oraz coś, co zakrawa o reggae – L.O.V.E. i Stand Up.
I o ile jestem w stanie zrozumieć ten wielki misz-masz na debiucie, to nie potrafię pojąć dlaczego dzieje się tak aż do trzeciej płyty – Sweet Talker. To nie działa na jej korzyść, ponieważ słuchacz nie lubi być szargany z jednego do drugiego brzmienia. Płyta w większym lub mniejszym stopniu powinna być spójna, a tutaj tego brakuje.
Who You Are zrobiło prawdziwe zatrzęsienie na rynku muzycznym z kilku powodów. Po pierwsze od zebranego materiału bije niezwykłą autentycznością i szczerością (Who You Are, Nobody’s Perfect), czego inne popularne wtedy single nie prezentowały. Nie poruszały poważnych problemów i były zwyczajnie stworzone pod rozgłośnie radiowe, np. Sexy And I Know It, One The Floor czy What The Hell. Twórczość Cornish również cechowała się chwytliwością (Who’s Laughing Now – trochę takie archaiczne Look What You Made Me Do i Price Tag) – co jest kolejnym powodem niebywałego sukcesu Jessie J.
Dwie piosenki zarówno przy pierwszym odsłuchu, jak i przy setnym wciąż chwytają za serce i docierają w głąb ciała, wywołując przy tym łzy w oczach i gęsią skórkę. Serio. Big White Room i Who You Are to dwa wyciskacze łez, które uznaje za jedne z najlepszych ballad w repertuarze Jessie J (z Alive jeszcze I Miss Her). Pierwsza została napisana w wieku 17 lat w wyniku doświadczeń 11-letniej Cornish w szpitalu, gdzie na jej oczach zmarł chłopak. Drugą kompozycję można uznać za swoistego rodzaju terapię, którą zafundowała Jessie wszystkim, którzy natknęli się na ten utwór. Przesłanie płynące z tytułowej kompozycji aktualne jest do dziś. Brawo.
I stare at my reflection in the mirror:
„Why am I doing this to myself?”
Losing my mind on a tiny error,
I nearly left the real me on the shelf.
No, no, no, no, no…
Jeśli jednak weźmiemy płytę pod lupę i nie będziemy oceniać jej przez pryzmat singli, to jest już znacznie gorzej. Większość piosenek, które nie reprezentowały krążka, jest słaba. Ciężkostrawne kompozycje L.O.V.E. i Stand Up nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, a tym bardziej pojawić się na płycie. Dwie mulące kompozycje, która są prawdziwą kulą u nogi tego wydawnictwa. Nie lepiej jest z Casualty Of Love, w którym jedyną mocną stroną jest liryka. Ambiwalentny stosunek przejawiam do magicznej (dosłownie) Abracadabry, która jest lekko irytująca i oklepana, ale wciąż cholernie wpadająca w ucho.
Do dziś wielu uważa, że Who You Are to najlepszy album, jaki zapisał się w dyskografii Jessie J. Ja traktuję debiut na równi z trzecią płytą – Sweet Talker. Najbardziej dopracowanym i tym samym moim ukochanym albumem Cornish jest Alive. Pierwsze muzyczne dziecko nie jest perfekcyjnie doszlifowane. To dobre wydawnictwo z mocnymi akcentami, które najlepiej zobrazować sinusoidą z lekkimi, ale wyraźnymi spadkami.

