Site icon All About Music

Throwback Review: Coma – Pierwsze wyjście z mroku (2004), recenzja Karoliny Młynarskiej

Podobny obraz

Istnieją płyty, które bez wyrzutów sumienia nazywa się kultowymi i ponadczasowymi. Od dłuższego czasu krąży też opinia, że takim albumem można już określić debiut Comy, czyli Pierwsze wyjście z mroku, który miał swoją premierę piętnaście lat temu. Zdobył statuetkę Fryderyka w 2005 roku w kategorii Album Roku Rock i zdaje się, że od tamtej pory wciąż wywołuje te same emocje, co w momencie premiery.

Przyznaję na wstępie, że Pierwsze wyjście z mroku nie jest moją ulubioną płytą Comy. W zasadzie nie potrafię wybrać tej jednej, jedynej z ich dyskografii. Niemniej szczerze sądzę, że debiut jest wyjątkowy pod kilkoma względami. Zwłaszcza jeśli chodzi o warstwę tekstową. Słowa każdej z dwunastu piosenek są naładowane tak silnymi emocjami, że w pewnym momencie poruszą struny u każdego odbiorcy, nawet tego najtwardszego. Lubię w tych tekstach to, że mówią o rzeczach niełatwych, często przez nas bagatelizowanych. Dotykają kwestii, do których często się nie przyznajemy, chociażby strach, żalu czy bezradności. Ja sama pamiętam, jakie wrażenie wywarły na mnie Spadam czy tytułowe Pierwsze wyjście z mroku – najlepsze jest to, że po tych wszystkich latach reaguję na te kompozycje w ten sam sposób.

To jest kolejny dowód niezwykłości tej płyty – nie starzeje się. Wywołuje niezmienne, bardzo silne emocje. Dotyczy to zarówno tekstów, muzyki, jak i wokalu Piotra Roguckiego, którego głosu i sposobu śpiewania od zawsze jestem zwolenniczką. Jego nienachalna maniera idealnie pasuje do spokojniejszych kawałków, podczas których można przymknąć oczy i płynąć wraz z dźwiękami, i do tych ostrzejszych numerów, gdzie mocne uderzenia perkusji prześcigają się z szarpaniem gitar. Wszystko razem brzmi chaotycznie, ale jest to chaos kontrolowany. I mam na myśli nie tylko utwór o tym tytule, ale całą płytę w ogóle.

Pod względem brzmieniowym utwory są do siebie zbliżone, dzięki czemu tworzą jedną, spójną całość. Trudno jednak podejrzewać Pierwsze wyjście o nudę i pójście na łatwiznę, ponieważ skonstruowano płytę w ten sposób, że zrównoważone kawałki przeplatają się z tymi wyraźniejszymi. Zatem mamy spójność i różnorodność jednocześnie – słowem coś, co bardzo sobie cenię.

Gdybym miała wskazać utwory, które są mi najbliższe albo które najbardziej mi się podobają, wymieniłabym Leszka Żukowskiego, Pasażera, Spadam i Sto tysięcy jednakowych miast. Szczególny nacisk kładę na Spadam, który zresztą nie bez przyczyny zyskał tak dużą popularność. Wręcz buzuje od różnych emocji, podkreślanych przez gitary czy Roguckiego. Zawsze, gdy słucham tej piosenki, zastanawiam się, jak na wiele różnych sposób można interpretować nie tylko Spadam, ale zdecydowaną większość utworów Comy. Dla wielu Spadam opisuje stan umierania, dla mnie – poczucie zagubienia i braku kontroli. Podobne opinie zapewne pojawią się przy Leszku, Ocaleniu, Pasażerze i pozostałych kawałkach z tej płyty. Mnogość interpretacji jednego elementu sprawia, że staje się on naprawdę niepowtarzalny. I to kolejny aspekt, dzięki któremu uznaję Pierwsze wyjście z mroku za album co najmniej nieprzeciętny.

By wymienić wszystkie argumenty za, potrzeba by dużo czasu i jeszcze więcej miejsca. Chcę tylko dodać, że jeżeli jeszcze nie znacie Pierwszego wyjścia, koniecznie nadróbcie zaległości. Gwarantuję, że niezależnie od tego, kim jesteście i co lubicie, znajdziecie na tej płycie przynajmniej jedną małą cząstkę, która Wam się spodoba i która do Was trafi. Naprawdę warto poświęcić trochę ponad godzinę, by się o tym przekonać.

Exit mobile version