Site icon All About Music

Throwback Review: Britney Spears – …Baby One More Time (1999), recenzja Dominiki Możdżeń

Mężczyźni chcieliby z nią być, a kobiety nią być. Mowa oczywiście o prawdziwej ikonie popkultury, czyli Britney Spears. Jej życie od lat śledzą miliony, a hity takie jak Toxic słyszał chyba każdy. Nie wiem, czy ktoś kiedyś przypuszczał, że taka urocza nastolatka podbije listy przebojów. Spójrzcie tylko na okładkę jej pierwszego albumu. Nic wyzywającego, nic, co kazałoby sądzić, że kilka lat później sięgnie dna (a potem znów wróci do gry). I tu mogę zadać jedno pytanie. Jak takiej zwykłej dziewczynie udało się zdobyć popularność na skalę światową? Cofnijmy się więc do roku 1999, w którym premierę miała płyta …Baby One More Time.

Co tu dużo mówić. Pierwszy wydany materiał od razu okazał się numerem jeden. I to nie w jednym kraju. W 2000 roku trafił nawet do Księgi Rekordów Guinnessa jako najlepiej sprzedający się album nastoletniej artystki. W głównej mierze dzięki piosence tytułowej i nagranemu do niej teledyskowi. To już nie Britney z okładki. Tam w stroju niezbyt grzecznej uczennicy emanuje seksapilem. Może właśnie to pomogło jej w rozkręceniu kariery, bo, jak wiadomo, ludzie kochają sensacje. Ale oczywiście nie wszystko można zawdzięczać jednemu nagraniu.

Do ogromnego sukcesu przyczyniły się też single takie jak (You Drive Me) Crazy, Sometimes i Born To Make You Happy. Pozostałe utwory zostały przez nie zdecydowanie przyćmione. Widać to nawet po ilości odtworzeń na Spotify. I szczerze? Absolutnie mnie to nie dziwi. Jak do najpopularniejszych hitów mam pewien sentyment, tak reszta jest dla mnie zbyt słodka. Dosłownie taka jak Britney z okładki. Urocze jest tu wszystko. Tytuły piosenek, teksty oraz oczywiście sam głos piosenkarki. Wystarczy spojrzeć na tracklistę. I Will Still Love You, I’ll Never Stop Loving You, Thinkin’ About You. Poważnie? Jak dla mnie romantyzmu jest tu trochę za dużo. A nawet nie trochę. Może i nie jest źle, jak słucha się wszystkiego pojedynczo, ale spróbujcie przeżyć od początku do końca bez żadnej pauzy. Jeśli potraficie przez godzinę słuchać …Baby One More Time i skupić się tylko i wyłącznie na tym, to mogę być pełna podziwu. Bo ja nie jestem w stanie.

Jasne, nie wszystko to taka tragedia. Zła jest po prostu przesłodzona całość. Sam głos Britney można podziwiać, ale moim zdaniem w innej wersji. Chociaż nie wszyscy mogliby się ze mną zgodzić. Zdania na ten temat są o dziwo mocno podzielone, a płyta była oceniania bardzo różnie. Kiedy magazyn Rolling Stone dał jej dwie na pięć gwiazdek, strona AllMusic przyznała aż cztery.

Mimo wszystko, album okazał się przełomem zarówno w karierze dziewczyny, jak i w popkulturze. Tylko tu trzeba zapytać: jak? Może to zasługa wymienionych wcześniej singli, może dużej medialnej promocji, a może jednak odważnego, debiutanckiego teledysku. W każdym razie, cieszy mnie to, że nie wszystkie płyty utrzymują ten cukierkowy klimat.

Jedno wiem na pewno. W późniejszych latach Britney zrobiła duży progres. Jej muzyka stała się bardziej zróżnicowana i najzwyczajniej w świecie lepsza. Przy …Baby One More Time wyróżniają się właściwie tylko single, które osobiście mogę polecić. I tak jak wspominałam wyżej, może nie byłoby tak źle, gdyby piosenki porozrzucać po różnych albumach. Bo jeżeli celem było zachowanie spójnej całości, to fanką tego pomysłu nie jestem. Przesłodzonej wersji Spears wolę powiedzieć po prostu stop.

Exit mobile version