
Wstyd się przyznać, ale debiutancką płytę Ani Dąbrowskiej odsłuchałem jako ostatnią z obszernego już dorobku artystki. Zdając sobie sprawę z pomyślnego ciągu dalszego jej kariery, obawiałem się, że pierwszy krążek nie spełni moich wygórowanych oczekiwań, zbliżając się do niektórych potworków wydanych przez finalistów (a nawet zwycięzców!) pierwszych edycji „Idola”. Przydymione tony trąbki, otwierające Samotność po zmierzchu rozwiały wszelki niepokój, album ten bowiem to wspaniały przykład kształtowania swojej muzycznej tożsamości – i znakomity wstęp do twórczości Ani Dąbrowskiej.
Mamy tutaj, w różnych konfiguracjach, wszystkie elementy, dzięki którym od razu wiemy, z którą artystką mamy do czynienia. Są jazzujące instrumenty dęte, niespokojna i wyrazista perkusja, funkująca gitara i charakterystyczne chórki. Mamy też wielkie przeboje – Tego Chciałam, Inna, czy niezapomniane Charlie, Charlie do dzisiaj chętnie goszczą w rozgłośniach radiowych, a widownia domaga się ich głośno podczas obleganych koncertów. Mamy jednak, przede wszystkim, potężny już wtedy głos, potrafiący wyrazić i bolesny krzyk (Czy ktoś spytać chce czemu stało się tak) i zabrać nas do ciasnego klubu jazzowego (Nie ma nic w co mógłbyś wierzyć), głos śpiewający, klasycznie dla piosenkarki, o smutku, miłości i, zgodnie z tytułem, samotności. Tytuł płyty zresztą nie mógł być bardziej celny – spora część utworów jest kameralna, przygaszona na gruncie brzmienia, jak i intymna w swojej warstwie tekstowej. Samotność po zmierzchu to dobrze wyważony, dojrzały pop ze sporą domieszką jazzu i soulu, w zmiennych proporcjach. Wspomniane we wstępie kształtowanie się tożsamości Ani Dąbrowskiej widać bowiem w brzmieniowym zróżnicowaniu kompozycji, które swój finał znalazło w następujących po Samotności… albumach. Z perspektywy debiutu to szalenie ciekawa podróż, która nie rozczaruje nikogo.
Oczywiście nie sugeruję, że każdy utwór jest z innej parafii, w żadnym wypadku! Krążek natomiast wyraźnie oscyluje między mocniej jazzującym, chilloutowym brzmieniem (Pamiętać chcę oraz Zima ’81 to perełki!) a popowo-soulowymi wpływami (Nie mogę cię zapomnieć, Gansta), z mocno odznaczającymi się piosenkami Tego Chciałam oraz Souvenir, sięgającymi po elementy elektroniki oraz rocka. Jak dobrze wiemy, rezultatem tych poszukiwań było przyjęcie stylistyki retro oraz położenie większego nacisku na elementy soulu i polskiej piosenki rozrywkowej lat 60 i 70-tych, owocując w, moim zdaniem, najlepszych albumach artystki. Ani Dąbrowskiej nie można jednak już tutaj odmówić olbrzymiej świadomości tego, jak ma brzmieć jej muzyka – to olbrzymie osiągnięcie zadebiutować tak zdecydowanie, nie idąc na drastyczne kompromisy.
Samotność po zmierzchu to dobry album i wyśmienity debiut. Świadomy, pełen klasy, dojrzały, nie idący na łatwiznę, jasno demonstrujący estetykę, która Ani Dąbrowskiej w duszy gra i której chce być wierna. Promowany mocnymi, wyrazistymi singlami, ale też nie sięgający po „zapychacze”, każdy utwór bowiem trzyma po prostu dobry poziom. Piętnaście lat później nie zestarzał się ani trochę, wciąż czaruje, wzrusza i warto do niego wracać. Jego komercyjny i artystyczny sukces przyniosły nam jedną z najważniejszych karier w historii polskiej fonografii – nie sądzę, aby za kolejne piętnaście lat ktokolwiek mógłby stwierdzić inaczej.

