Tak ambiwalentnych uczuć nie miałem już bardzo dawno. Abel Tesfaye, czyli znany szerzej The Weeknd, jest kanadyjskim piosenkarzem i producentem pochodzenia etiopskiego. The Weeknd wydał darmowy album zawierający 9 piosenek zatytułowany House of Balloons w 2011 roku. Jak się później okazało był to początek trylogii muzycznej, składającej się z wyżej wymienionego albumu oraz Thursday i Echoes of Silence. Wszystkie produkcje ostatecznie jako Trilogy ukazały się w 2012 roku. Kiss Land jest pierwszą profesjonalnie zrobioną, studyjną płytą. No właśnie… Kiss Land.
Jeżeli ktoś zna dobrze angielski i nie ma ukończonej osiemnastki pod żadnym pozorem nie powinien tej produkcji słuchać. Rozpoczniemy tą recenzję mocno i z przytupem bo tak naprawdę te kilka wersów pokazuje cały obraz płyty jeżeli skupimy się na warstwie tekstowej (zaznaczam warstwie tekstowej!) Gotowi do startu, start. Proszę bardzo:
It’s not something I would know
But I’m sure I’ll make you cum
Do it three times in a row
And I’m sure you would have left with that pussy in control
Put that pussy in control
I got it in control
Control, control, control, mmmmh
– Love in the sky
Nie jestem oburzonym świętoszkiem i właściwie nie przeszkadzają mi tego typu teksty, ale żeby cała płyta była opisem przeżyć seksualnych?! Utwór tytułowy:
When I got on stage, she swore I was six feet tall
But when she put it in her mouth she can’t seem to reach my (ball, ball, ball)
– Kiss Land
I tak mamy przez całą płytę. Gdy jeszcze takie teksty rymuje Snoop Dogg, ze swoim luzem i manierą zdystansowanego pimpa, albo szczeka je wściekły DMX to jestem w stanie to znieść. Kanadyjski wykonawca, zwany The Weeknd stara się naśladować wokalnie Michaela Jacksona i mógłby w duecie śpiewać z Farinellim (taki znany kastrat śpiewający operowo). Przepraszam jeśli w tym momencie uraziłem czyjeś gusta muzyczne, ale ja naprawdę mimo szczerych chęci, nie mogę przeskoczyć tego rodzaju wokalu, do którego dochodzą idiotyczne teksty, które mogłyby opisywać sceny z filmów porno w wersji dla niewidomych. Artysta tłumacząc swoją płytę odwołuje się do stylistyki filmowej Cronenberga i R. Scotta. Stawiam obiad temu, kto wyjaśni mi jak te inspiracje przekładają się na jego twór artystyczny. Co ciekawe płyta ma skrajne oceny, od Guardiana, który niszczy, po Los Angeles Times, który nie może przestać słuchać. Rozpoczynając swój wywód napisałem, że mam ambiwalentne uczucia. No właśnie… skąd one się wzięły?
Otóż, ta płyta jest niesamowicie wyprodukowana! Genialne brzmienia, piękne przejścia, idealne wręcz stopy i werble, to wszystko gra i tworzy klimat. Utwory poniekąd przenikają jeden w drugi, tworzą zgraną konsystencję, no i średnio mają pięć minut, co w tym wypadku jest plusem bo pozwala na rozbudowanie kompozycji. Zapraszam do przesłuchania pierwszego tracku z płyty, ale proszę Was, dajcie szansę całości. Początek to próba wskrzeszenia Michaela Jacksona, ale co się dzieje potem!
Otwarcie płyty jest dla mnie fantastyczne i ta płyta naprawdę trzyma bardzo dobry poziom, jeżeli chodzi o muzykę. Wśród producentów pojawiają się jeszcze Pharrell i Kavinsky (ten Pan od soundtracku z Drive). Mam ogromny problem z oceną tej produkcji, jestem przekonany, że gdyby Justin Timberlake dostał taki materiał muzyczny, byłaby to płyta doskonała, a mnie osobiście te wokale strasznie drażnią. Nie pozostaje nic innego niż to żeby każdy sam zasmakował tej płyty, zazdroszczę tym co nie rozumieją niektórych tekstów.
