Site icon All About Music

The Vamps – Wake Up (2015), recenzja Justyny Rojek

Czterech chłopaków z Wielkiej Brytanii po raz kolejny przypomina One Direction, że konkurencja nigdy nie śpi, tym bardziej, że na horyzoncie pojawił się ich nowy album. Mowa oczywiście o The Vamps i ich drugiej płycie Wake Up. Jak wiadomo powroty bywają bolesne, ale również mobilizujące. Co dostaniemy w tym przypadku? Hity na miarę Can We Dance lub Wild Heart czy też męczące ucho melodie?

Zabierając się do słuchania kolejnej płyty Brytyjczyków warto zacząć od ich singlowych kawałków: Wake Up, Rest Your Love, Cheater, czy I Found a Girl. Dlaczego? Ponieważ  idealnie definiują to co nas czeka z drugą odsłoną. Będzie głośno, elektronicznie, ale również z pazurem! Dzięki Wake Up już na wejściu otrzymujemy spory zastrzyk pozytywnej energii, a chwytliwy refren z przesłaniem Obudź swoje śpiące serce z miejsca porywa nas w wir dobrej zabawy. Z drugą kompozycją Rest Your Love może być tylko lepiej, tym bardziej, że znowu rozbrzmiewa przykuwająca uwagę melodia. Idąc dalej, otrzymujemy dodatkowo piosenki z ciekawymi historiami w tle. Gitarowy Cheater, w której Brad bez skrupułów informuje pewną dziewczynę jak zdradliwy potrafi być jej facet, a co więcej proponuje siebie w zamian; czy  lżejsza I Found a Girl z poważnym zawodem miłosnym – dziewczyna, w której podkochuje się chłopak jest lesbijką?!

Od tej pory coraz częściej nasila się przekonanie, że chłopaki postawili na produkcję czepliwych melodii. Co się z tym wiąże, bardzo prosto jest wytypować potencjalne przeboje. Half Way There oraz Peace Off Mind bez wątpienia można zaliczyć do tej kategorii. Piosenki o marzeniach, o tym, że być może jesteśmy już w połowie drogi, ale dalej męczą nas wątpliwości, czy wręcz przeciwnie realizujemy swoje pragnienia, ale potrzebujemy trochę spokoju ducha aby nie dać się zwariować! Mamy również idealnie sprawdzające się podczas dużych tras koncertowych – Be With You czy Burn, które z pewnością podsycą atmosferę niejednej wiszącej już na włosku imprezy.

Oczywiście na płycie nie mogło zabraknąć typowych pościelówek – nie oszukujmy się jest to celowy zabieg przygotowany dla żeńskiej części publiki. Zespół serwuje nam m. in. trzy ballady: Million Words, w którym wokalista żałuje niewypowiedzianych słów wobec obiektu swoich westchnień,  Stolen Moments o chęci odzyskania skradzionych momentów z ukochaną czy też bardziej dojrzałe Coming Home, gdzie Brad śpiewa o tęsknocie za domem podczas długich, samotnych nocy spędzanych w hotelowych pokojach. Kompozycje bez wątpienia idealne na koncerty wypełnione po tłumy rozhisteryzowanymi nastolatkami, czekającymi na choćby skinienie jednego z członków zespołu.

Pomimo tego, iż chłopaki postanowili wrzucić na najwyższy bieg pod względem przebojowości – nie trudno o tzw. zapychacze. Słychać to głównie za sprawą Volcano z Silentó, gdzie aż prosi się o szybkie przełączenie melodii. Piosenka niestety brzmi jak klasyczny przykład tandetnego połączenia boysbandu z raperem. Spokojnie można byłoby też obejść się bez Runaway, Held By Me, czy Windmills – utwory tak naprawdę nie wnoszą niczego nowego do całości, a ich miejsce powinny zastąpić nagrania bardziej przewrotne i oryginalne.

Z grupami typu The Vamps jest niestety mały problem – ich żywotność zazwyczaj trwa jeden sezon. W końcu ile można słuchać podobnie brzmiących piosenek o nieszczęśliwej miłości? Jednak z drugim albumem chłopacy niekoniecznie to potwierdzają. Być może nie ma tutaj za wiele innowacyjności, a nagrania są proste w odbiorze, ale nie od razu Rzym zbudowano. Przede wszystkim mamy aż 18 (!) całkiem dobrych i tanecznych kawałków. Zespół wykorzystując swoje niewątpliwe atuty – młodość, świeżość i energię, pokazuje, że cały czas się rozkręca. A skoro męskie zespoły wokalne z gatunku pop wróciły do łask, tym bardziej z trzecim albumem pasuje trochę poeksperymentować i przekroczyć granice szablonowego boysbandu…

Exit mobile version