
Czy po wydaniu w krótkich odstępach czasu dwóch znakomitych albumów można nagrać kolejny, który będzie od nich jeszcze lepszy? Sprawdzamy, czy to możliwe, słuchając You Are Ok w wykonaniu The Maine.
Dwa lata po wydaniu znakomitego pop-rockowego American Candy (2015) amerykański zespół The Maine zaprezentował światu swoje opus magnum, Lovely Little Lonely. Doceniony przez krytyków, ukochany przez fanów, zawierające tak urzekające utwory jak Black Butterflies and Déjà Vu, Taxi czy I Only Wanna Talk To You album nie zdążył się jeszcze zestarzeć, a The Maine powracają już z kolejnym krążkiem.
„Chcę Wam powiedzieć o tym albumie tyle rzeczy; o trudzie, który nam towarzyszył przy pracy nad nim, o znaczeniu jego tytułu, o stojącej za nim koncepcji, ale wszystko przyjdzie z czasem. Teraz chcę Wam tylko powiedzieć, jak bardzo jest dla nasz ważny… niesamowicie. To The Maine w szczytowej formie (…), po raz pierwszy realizujące naszą wizję od początku aż do końca” – tak na temat You Are Ok wypowiedział się wokalista zespołu, John O’Callaghan. To dość odważne słowa, sugerujące, że jako słuchacze mamy wszelkie prawo wiele oczekiwać od albumu.
Naprzeciw tym oczekiwaniom wychodzi pierwszy singiel, Numb Without You. Pędzące tempo zwrotek, podbite echami skrzypiec w tle, prowadzi do niezwykle chwytliwego refrenu. Już po pierwszym przesłuchaniu you are my glitter and my gloom nie wychodzi mi z głowy. The Maine nie boją się również wrzucić do utworu niezłej gitarowej solówki. Kolejny singiel, My Best Habit, nie jest może aż tak chwytliwy, ale trzyma poziom. Nie jestem pewna, czy to zasługa lyric videos, którymi zespół promuje nowe utwory, ale teksty The Maine są świetne: bezpretensjonalne, szczere, a jednocześnie z dużą dawką liryki i ekspresji.
Ostatni (jak do tej pory) z promujących album singli, Broken Parts, może nieco mniej mi leży, ale mimo wszystko doceniam jego bezbłędną produkcję. Jest to utwór podniosły, z refrenem, którego nie powstydziłoby się U2. Warstwa liryczna podkreśla, że pomimo trudności należy się podnosić i zaczynać od nowa. Tak, banał, ale zgodny z przesłaniem albumu – czasami warto te słowa usłyszeć.
Na albumie kryje się jeszcze kilka diamentów. Slip The Noose, ze swoim szybkim rytmem i energetycznym, optymistycznym brzmieniem to zachęcające, pop-punkowe otwarcie albumu. The Maine brzmią tutaj świeżo niczym na swoim albumie Forever Halloween z 2013 roku. I Feel It All Over to utwór o miłości, ze szczerym, trochę banalnym tekstem, za to bardzo ciekawie skonstruowany i zyskujący przy kolejnych przesłuchaniach. W bardzo dobrym Heaven, We’re Already Here można usłyszeć cięższe gitarowe riffy i nieco odważniejsze wokale.
Po akustycznym przerywniku Forevermore przechodzimy do Tears Won’t Cry (SHINJU). W kulturze japońskiej shinju to sekretne, rytualne samobójstwo kochanków. Brzmienie utworu nie jest jednak ani trochę mroczne, wręcz przeciwnie – ten dysonans może przyprawiać o zawrót głowy, a jednocześnie intrygować. One Sunset zmienia nieco klimat – to nostalgiczna piosenka o ukochanej, która mieszka po drugiej stronie oceanu, a autor tekstu nie może się już doczekać kolejnego spotkania z nią. Album zamyka Flowers On The Grave z ważną wiadomością – you don’t plan life, you live it. Z nieprzewidywalnością życia czasem ciężko się pogodzić, ale warto przynajmniej spróbować, ponieważ tylko tak można osiągnąć prawdziwy wewnętrzny spokój.
Na You Are Ok ze świecą szukać jakichkolwiek smutnych utworów. Są wolniejsze, balladowe momenty (zamykające album Flowers On The Grave, akustyczne Forevermore, podniosłe Broken Parts), jest nostalgia i tęsknota (One Sunset), jest miłość aż po grób (Tears Won’t Cry (SHINJU), Slip The Noose). The Maine okraszają jednak wszystko tak ogromną dozą optymizmu i radości, że słuchanie albumu jest jak oglądanie wschodu słońca w letni poranek. Takie jest też przesłanie, które The Maine chcieli zawrzeć na swoim najnowszym krążku – po każdej burzy wychodzi słońce, życia nie można zaplanować, trzeba się więc nim cieszyć i nie brać go zupełnie serio.
Czy You Are Ok to najlepszy jak do tej pory album The Maine? Moim zdaniem nie – przebicie Lovely Little Lonely to wręcz misja niemożliwa. Jest to jednak dzieło kompletne, znakomicie wyprodukowane, wartościowe pod względem zarówno muzycznym, jak i przesłania, które ze sobą niesie.

