Site icon All About Music

The Kooks – Let’s Go Sunshine (2018), recenzja Karoliny Babik

Pod koniec września ukazał się kolejny album indie-rockowej grupy pochodzącej z Wielkiej Brytanii. Mowa o The Kooks, autorach hitów Bad Habit, Naive czy Forgive & Forget. Czy najnowsze wydawnictwo Brytyjczyków dostarcza słuchaczom kolejnych przebojów, od których ciężko jest się uwolnić? Sprawdźmy to!

Grupa założona została w 2004 roku. Jej debiutancki album ukazał się 2 lata później i przyciągnął do Panów grupę wiernych fanów. Nic dziwnego. Na albumie znalazło się wiele dobrych pozycji takich jak wspomniane Naive, She Moves In Her Own Way, czy Ooh La. Na kolejnych płytach również pojawiło się wiele interesujących utworów, do których mimo upływu lat, nadal z przyjemnością się powraca. Jak często bywa, to jednak pierwszy album stał za sukcesem grupy i to on przez wiele osób uważany jest za najlepszy w ich karierze. Let’s Go Sunshine to piąte wydawnictwo zespołu. Czy powtórzy sukces ich debiutu?

Pierwszym dłuższym (ścieżka nr 1 to wprowadzające intro) utworem na albumie jest Kids. Jest to pewnego rodzaju manifest, bunt. O odpowiedni wydźwięk tekstu dba nie tylko wokalista, ale także wyraźne, zdecydowane brzmienie perkusji, czy (za) krótka solówka gitarowa. To jednak warstwa liryczna pełni tu główną rolę. „When I don’t have a choice / That’s when I find my voice / I’m not trying to be what you want me to be / I’m not your friend, I’m your Queen”. Kolejna pozycja to All the Time, czyli jeden z singli promujących wydawnictwo. Muszę przyznać, że od czasu jego premiery nie mogę się od niego uwolnić. Świetnie sprawdza się tu wprowadzenie przedrefrenu. Każda z części utworu jest spójna z pozostałymi, ale też na swój sposób nieco się od nich różni. Ponadto, do charakterystycznego dla The Kooks brzmienia gitar dochodzą instrumenty smyczkowe, doskonale wpasowujące się w klimat piosenki. Nieco w tle natomiast słyszymy znakomity bas, który moim zdaniem mógł zostać wyeksponowany nieco bardziej, ponieważ wielu słuchaczy zapewne w ogóle nie zwróci na niego uwagi.

Równie dobrze co All The Time wypada numer Chicken Bone. Mimowolnie zaczynamy się bujać do dźwięków melodii, w której to wychwycimy między innymi chwytliwy tamburyn. Po delikatnie zaśpiewanym i zagranym moście utwór stopniowo ponownie nabiera nieco pewniejszego brzmienia.

Bardzo zaintrygował mnie numer Tesco Disco. Słuchając go na słuchawkach mamy wrażenie, jakbyśmy znajdowali się na koncercie i wysłuchiwali go na żywo. Poczucie takie wywołuje głównie brzmienie wokalu. Zainteresowanie budzić może w kawałku także, wręcz nieco psychodeliczny, motyw gitarowy. Perkusję z kolei słyszymy dopiero po ponad minucie trwania utworu, jednak jej brak przez pewien czas nie jest odczuwalny. Gitary i głos robią tu zdecydowanie główną robotę. (I robią to dobrze!)

Całkowicie wzruszyła mnie akustyczna kompozycja Honey Bee. Jest to duet Luke’a z… jego zmarłym ojcem. Wokalista wykorzystał nagranie demo, które jego tata (również muzyk) nagrał przed śmiercią i dokończył kawałek w taki sposób, aby brzmiał tak, jakby nagrywali go wspólnie. Wyszło naprawdę dobrze, nie tylko ze względu na poruszającą historię dotyczącą powstania piosenki. To po prostu naprawdę przyjemna dla ucha pozycja.

Dla fanów bardziej energicznych pozycji godny polecenia będzie numer Pamela. Kojarzy Wam się z czymś? Może z grupą Green Day? Takie właśnie skojarzenie nasunęło mi się do głowy od razu po wysłuchaniu tej piosenki.

Ostatnimi czasy muzycy coraz częściej sięgają po dźwięki organów. O ile nie wciskają ich na siłę, zabieg taki wpływa na utwór zazwyczaj naprawdę dobrze, w ciekawy sposób go urozmaicając. Pojawiają się one także na tym albumie w utworze Swing Low. Co prawda nie mają tu zbyt wielkiego pola do popisu (powiedziałabym raczej, że wręcz nieco zmarnowano ich potencjał), aczkolwiek jako fanka tego instrumentu zdecydowanie doceniam wykorzystanie go w piosence.

W wyborny nastrój wprowadza nas klimatyczny utwór No Pressure, który zamyka najnowsze wydawnictwo Brytyjczyków. To piosenka, której chce się słuchać nieprzerwanie wspominając najpiękniejsze wakacyjne chwile, czy tańcząc „wolnego” z ukochaną osobą. Absolutnie piękne zakończenie albumu!

Let’s Go Sunshine to na pewno płyta naprawdę przyjemna dla uszu. Pojawia się tu dużo kompozycji tak klimatycznych, tak idealnie wpasowujących się w aktualny, (po)wakacyjny sezon, że można do niej wracać nawet kilka razy dziennie. Nie określiłabym tego albumu jako najlepszego w karierze zespołu, aczkolwiek nie jest to na pewno płyta słaba, czy nawet przeciętna. The Kooks stworzyli wydawnictwo naprawdę dobre, aczkolwiek osobiście odczuwam lekki niedosyt. Przede wszystkim instrumentalny. Zabrakło mi dłuższych solówek, czy wyraźniejszego zaakcentowania innych instrumentów niż tylko gitary. Niemniej jednak- jest to płyta, której warto wysłuchać!

Exit mobile version