The Killers na szczyty popularności wspięli się dzięki swojemu pierwszemu krążkowi, Hot Fuss. Od tamtej pory dyskografia zespołu jest raczej nierówna. Jak na tle dokonań grupy wypada ich szósty album, Imploding the Mirage?
Wydawanie nowych krążków w czasach pandemii nie jest łatwym zadaniem. Albumów nie można standardowo promować – wywiady mogą odbywać się tylko wirtualnie, koncerty na żywo zostały zastąpione instagramowymi livestreamami. Premiera Imploding the Mirage początkowo miała mieć miejsce wiosną, a towarzyszyć jej miała trasa koncertowa (jako jeden z jej przystanków zaplanowano polski Open’er Festival). Życie zweryfikowało jednak te plany.
Część najnowszego albumu grupy została nagrana w stanie Utah. Muzycy pochodzą z Las Vegas, i to właśnie tam wokalista Brandon Flowers “po raz pierwszy zakochał się w muzyce”. Czy oznacza to, że Imploding the Mirage to dla The Killers swego rodzaju powrót do korzeni? Niekoniecznie.
Pierwszym singlem promującym album było Caution. Bardzo taneczny, optymistyczny utwór dotarł na pierwsze miejsce zestawienia Billboard’s Alternative Songs. Co ciekawe, The Killers ostatni raz osiągnęli ten sukces ponad 13 lat temu, kawałkiem When You Were Young. Caution nie jest, mimo wszystko, najlepszym z czterech singli, które poprzedziły wydanie albumu. Ten tytuł przypada My Own Soul’s Warning, któremu znakomicie udaje się uchwycić nieco nostalgiczny, przesiąknięty światłem zachodzącego słońca klimat, tak charakterystyczny dla The Killers.
Dwa pozostałe single są nieco gorszej jakości. Fire in Bone, ze swoją intrygującą linią instrumentalną (syntezatory!) i wybuchowym refrenem jest dziwnie niespójne, zaś powtarzalny rytm Dying Breed po kilku minutach zaczyna irytować. Reszta albumu, mimo dużego potencjału, również nie wspina się na zbyt wysoki poziom.
Na Imploding the Mirage znajdziemy kilka utworów, które zaczynają się całkiem nieźle i sporo obiecują słuchaczowi. Blowback wciąga swoją narracją, aby po chwili zniechęcić do siebie słabym refrenem. Lightning Fields obiecuje romantyczną opowieść o miłości, ale mimo ciekawej warstwy lirycznej nie porusza. Dość chwytliwe My God z pięknym dodatkiem w postaci damskiego wokalu i chórem w tle sprawia wrażenie, jakby utworowi mimo wszystko czegoś brakowało. The Killers próbują odwoływać się do charakterystycznej dla siebie nostalgii z nutką patosu (When The Dreams Run Dry), nie udaje im się jednak uchwycić magii, którą przepełniony jest np. album Sam’s Town.
Nutkę oryginalności zapewnia Running Towards a Place – zespół odchodzi tutaj nieco od swojego standardowego brzmienia, proponując utwór, który byłby na miejscu na dyskotece w latach 80. The Killers udaje się również zamknąć krążek wysoką nutą – Imploding The Mirage to zdecydowanie najlepszy kawałek na albumie, jakość, do której grupa powinna dążyć. Działa tutaj wszystko – zarówno podniosła, ale niezupełnie patetyczna linia melodyczna, jak i tekst opowiadający historię związku, który nie miał racji bytu.
The Killers już kilka albumów temu pożegnali się z dokładnie odmierzoną szczyptą mrocznego niepokoju, który tak świetnie funkcjonował na ich debiutanckim albumie Hot Fuss. Zespół nie pisze już porywających kawałków o rozpaczliwej miłości (Mr. Brightside, When You Were Young, Smile Like You Mean It), w zamian oferując słuchaczom pustynną, amerykańską potańcówkę przy świetle zachodzącego słońca. To właśnie takie utwory jak The Man czy Human zdobywają najwyższe miejsca na listach przebojów, więc najwyraźniej w tym szaleństwie jest metoda. Mimo wszystko, Imploding the Mirage, chociaż poprawne, nie porywa.

