Rok 2012. Filip widzi na jakiejś stronie internetowej reklamę Igrzysk śmierci mówiącej: „cykl będący godnym następcą Harry’ego Pottera”. Chłopiec śmieje się i przechodzi dalej. W ostatnie wakacje zdecydował się jednak na własnej skórze przekonać, czy to prawda. I wtedy Filip przytaknął. Stwierdził, że Igrzyska z łatwością przebijają Pottera.
Szybko sięgnąłem po całą trylogię i, co tu dużo mówić, zakochałem się w niej. Dlatego też z niecierpliwością wyczekiwałem premiery filmu i muzyki do części drugiej. Jako że jednak po sukcesie „jedynki” wiadomo było, że W pierścieniu ognia również przyniesie spory dochód, nie szczędzono na ten soundtrack pieniędzy. W przeciwieństwie do poprzedniego zaproszono na ten wielu topowych artystów. Ellie Goulding, The National, The Weeknd czy Sia to tylko początek tego, co otrzymamy na całym albumie. Czy to więc znane nazwiska popsuły mój odbiór tej muzyki?
Po części na pewno. Mam wrażenie, że każdy chciał tu wtrącić swoje trzy grosze. O ile więc pierwsza część była spójna i muzycznie jednolita, o tyle W pierścieniu ognia mamy prawdziwy rozstrzał pomysłów. Raz elektronika, za chwilę rock, jeszcze później utwory w całości akustyczne. Szkoda – „dwójka” to moja ulubiona część książki i (póki co) filmu. Soundtrack natomiast nie może się równać z poprzednim.
Przechodząc od ogółu do szczegółu – wiele utworów tak naprawdę rozczarowuje. Przede wszystkim nieporozumieniem jest Elastic Heart w wykonaniu Sii. Tak, ta Sia, która napisała połowę zeszłorocznych piosenek i naprawdę zna się na tym, co robi. Na soundtracku do Gatsby’ego czarowała w cudownym, emocjonalnym Kill and Run. Tu natomiast straszy w chaotycznym, źle wyprodukowanym Elastic Heart. Partnerujący jej Diplo oraz The Weeknd nie pomagają. Ten drugi śpiewa także Devil May Cry. Przyjemny, choć za długi i przynudzający kawałek. Wytykając minusy, nie można zapomnieć o końcówce wydawnictwa. O okropnym, inspirowanym irytującym dubstepem Mirror Ellie Goulding, o przekrzyczanym, słabym Shooting Arrows at the Sky Santigold, o zapchajdziurze balladzie Place for Us Mikky Ekko czy w końcu o nijakim Lights Phantogram.
http://www.youtube.com/watch?v=pqbwD_1y1GM
Idąc dalej – kilka nazwisk pojawia się tu chyba tylko dla reklamy. Takie The National. Ich muzyka jest dobra i kojąca, aczkolwiek Lean to po prostu kolejna pozycja w ich bogatej dyskografii, nic ciekawego nie wnosi. Znacznie lepiej wypada ich utwór do Gry o tron. Z kolei Imagine Dragons oraz The Lumineers nie wyszli poza typowe dla siebie gatunki i zaserwowali nietragiczne, ale też nieprzyciągające numery odpowiednio Who We Are i Gale Song, które równie dobrze mogłyby znaleźć się na ich studyjnych płytach. Igrzyskom potrzeba jednak czegoś lepszego.
Choć piosenki wymienione w poprzednim akapicie do złych nie należą, nie mogą się równać z czterema innymi. Od początku wiedziałem, że w najlepszych znajdą się trzy nazwiska, czwarte było dla mnie zaskoczeniem. Przede wszystkim Coldplay. Ten Coldplay z typowym dla siebie Atlas. Z utworem magicznym, pięknym, zachwycającym tekstem i niesamowicie ciepłym wykonaniem. Podobnie Christina Aguilera. Od początku wiedzieliśmy, że zachwyci. Pytanie było: jakiego typu utworem. Jej We Remain to podnosząca na duchu, pełna nadziei ballada, w której nie sposób nie docenić wokalu artystki. Rewelacyjnie wypadła ponadto Lorde, największy debiut 2013 roku. Everbody Wants to Rule the World (oryginalnie zespół Tears for Fears) to mroczny, tajemniczy, pełen gniewu kawałek. Doskonały. Czwórkę najlepszych kompozycji dopełnia Angel on Fire. Wykonuje je grupa Antony and the Johnsons. Nie znałem ich wcześniej. Muszę to jednak koniecznie nadrobić. Angel on Fire to cudowna ballada, w której zachwycają przede wszystkim przepiękne smyczki.
http://www.youtube.com/watch?v=TGXLYjDlrvA
Choć filmowa adaptacja W pierścieniu ognia przerosła moje oczekiwanie, muzyka do niej przygotowana mnie rozczarowała. Momentami słuchając soundtracku, zastanawiałem się nie nad samą jakością muzyki (lepszą, gorszą, średnią), ale nad tym, czy ci muzycy w ogóle wiedzieli, co nagrywają. Gdybym to ja miał przygotować utwór do Igrzysk śmierci, na pewno nie zaserwowałbym śmieci w stylu Mirror czy Elastic Heart. A tak krążek brzmi, jakby był nieprzemyślaną zbieraniną muzyki, na którą kto chciał, mógł wrzucić jakiś numer. Zdecydowanie spodziewałem się czegoś lepszego.
