Site icon All About Music

VA – Music from Baz Luhrmann’s Film The Great Gatsby (2013), recenzja Zuzanny Janickiej

Okładka Standardu

Najnowsza ekranizacja książki The Great Gatsby amerykańskiego pisarza Francisa Scotta Fitzgeralda z 1925 roku na długo przed premierą budziła ogromne emocje. I nie chodzi tu wcale o wyśmienitych aktorów, którzy wcielili się w główne postacie filmu, wysoki budżet pozwalający na stworzenie pięknych scenografii itp. czy nie najgorsze recenzje krytyków. Sprawcą całego zamieszania wokół filmu jest… soundtrack. Nie potrafię przypomnieć sobie innego kinowego hitu, do którego muzyka była tak wyczekiwana.

https://www.youtube.com/watch?v=bCwFGJbtp0Y

Akcja filmu The Great Gatsby dzieje się w latach 20. ubiegłego stulecia. Piękne czasy z piękną muzyką. Rozwój jazzu. Spodziewałam się, że i oficjalny soundtrack przeniesie nas w czasie i będzie muzycznym tłem do filmu. Tymczasem po pierwszym przesłuchaniu przekonałam się na własnej skórze, że moje wymagania były chyba za przesadzone. W końcu wielki Jay-Z wie lepiej, czego słuchało się niemal sto lat temu. Tak, on jest głównym producentem soundtracku. Więc to jego winię, że Music from Baz Luhrmann’s Film The Great Gatsby brzmi, jak niestety brzmi – nie jak soundtrack do filmu, lecz jak luźny zbiór kilku piosenek.

Pierwszy aż mam do czynienia z soundtrackiem, który jest tak nierówny. Panuje to niezły bałagan. Z jednej strony mamy bowiem hip hop, z drugiej rockowe brzmienia. Na dokładkę otrzymujemy jeszcze coś soulowego i elektronicznego. Słowem – wszystko i nic.

https://www.youtube.com/watch?v=g7xNuuxEJg0

To, co wszystkich emocjonowało najbardziej, to ilość topowych artystów, którzy wtrącili swoje trzy grosze do Music from Baz Luhrmann’s Film The Great Gatsby. Mamy tu bowiem wyskakującą ostatnio nawet z lodówki Beyonce, zespoły The xx oraz Florence + The Machine, czarującą Lanę Del Rey oraz bijąca rekordy popularności w Wielkiej Brytanii Emeli Sande. Nic więc dziwnego, że każdy z niecierpliwością wyczekiwał, aż jakaś piosenka z płyty do Internetu wycieknie. Mnie najbardziej interesował cover Back to Black w wykonaniu Beyonce i André 3000. Już nie raz pisałam, że piosenki Amy Winehouse są tylko dla niej i nikt nie powinien silić się na ich coverowanie. Niestety, Beyonce z kumplem nie posłuchali i POLEGLI. Tego nie da się słuchać. Zmienili aranżację, co sprawiło, że piosenka straciła swój klimat. Krew w żyłach mrozi też samo wykonanie. André 3000 mówi monosylabami, Beyonce stara się być seksowna i zmysłowa. A w tym wszystkim poruszający tekst autorstwa Amy. Przykro mi z powodu tego, że z tak pięknej i ważnej piosenki zrobili słabą karykaturę. Jeśli ktoś nie czuje się na siłach na śpiewanie takich utworów niech nagra sobie cover kawałka Britney Spears.

Do gustu nie przypadł mi również utwór A Little Party Never Killed Nobody (All We Got) wykonywany przez Fergie, Q-Tip i GoonRock’a. Uwielbiam part Fergie, naprawdę. Stęskniłam się za jej głosem. Jednak cała piosenka to porażka. Bardzo, bardzo elektroniczna i taneczna. Trochę dubstepowa, klubowa. Nie jestem też fanką Crazy in Love w wykonaniu Emeli Sande. Cieszę się, że zmienili aranżację i otrzymaliśmy orkiestrowy kawałek, ale nie przekonuje mnie sama artystka. Brak jej energii, śpiewa bez życia. Trochę zawiódł mnie również utwór wykonywany przez Lanę Del Rey zatytułowany Young and Beautiful. Uwielbiam klimat, jaki artystka potrafi stworzyć swoim głosem, ale jej nowa piosenka nie brzmi tak magicznie jak Yayo czy Video Games. Słuchając jej nie czuję żadnych emocji. Od innych utworów zdecydowanie odstaje Bang Bang will.i.am’a. Na #willpower piosenka pięknie by lśniła, tu irytuje.

Na szczęście z drugiej strony mamy utwory, które na pewno często będą gościć na mojej playliście. Należy do nich chociażby cover piosenki U2 Love Is Blindness w wykonaniu Jack’a White’a (bardzo teatralne!) oraz piękne i wzruszające nagranie Togehter zespołu The xx. Pozytywnie zaskoczyło mnie również elektroniczne nagranie Into the Past zespołu Nero. Komputery nie zostały w kompozycji wykorzystane w taki sposób jak w wielu dzisiejszych hitach, ale dość łagodnie i subtelnie. Za to wielki plus. Do gustu przypadła mi również piosenka Gotye Heart a Mess (pochodząca, tak na marginesie, z jego drugiej płyty). Przyjemnie trip hopowo-popowe nagranie.

Music from Baz Luhrmann’s Film The Great Gatsby ma dwie królowe. I, co już udowodniłam, nie są nimi Beyonce i Lana Del Rey. Najpiękniejsze, najbardziej powalające utwory na krążku wykonuje Florence (wraz z zespołem) oraz Sia. Do utworu Over the Love Florence + The Machine przekonywałam się długo. Cieszę się jednak, że go doceniłam, bo to cudowna soulowo-indie popowa kompozycja, pełna dramatyzmu i tego, co w muzyce zespołu najlepsze – przyprawiających o ciarki wokali Florence i emocji. Z kolei Kill and Run Sii ma niepowtarzalny klimat a sama wokalistka czaruje głosem.

Największą wadą soundtracku do The Great Gatsby jest to, że nie pasuje on do filmu. Poza kilkoma, nielicznymi wyjątkami brak tu utworów stylizowanych na lata, w których osadzona jest akcja obrazu. Panuje natomiast bałagan. Jednak cieszę się, że znalazło się tu miejsce dla kilku perełek (m.in. Kill and Run, Togehter). Szkoda tylko, że wszystko przyćmiewa zupełnie nieudane Back to Black w wersji Beyonce & André 3000. Nie do wybaczenia.

Exit mobile version