Site icon All About Music

The Gibb Collective – Please Don’t Turn Out the Lights (2017), recenzja Marty Muśko

The Gibb Collective jest muzycznym hołdem i rodzinnym dziedzictwem. Debiutujący zespół przyjmując solidną podstawę, opracował własne interpretacje znanych kompozycji z lat 60. i 70. – prywatnie swoich ojców, a dla świata – ikon muzyki znanych jako Bee Gees. Młodzi przedstawiciele uzdolnionej rodziny udowodnili, że geny mają wielką siłę, a muzyka od pokoleń płynie w ich krwi.

Bee Gees podbijali serca widzów będąc zaledwie kilkulatkami. Dziś ich muzyka jest z nami od ponad półwieku. Napisali i skomponowali kilka z najbardziej wpływowych piosenek XX wieku i to na wielu muzycznych płaszczyznach jak disco, pop, soul, a nawet rock. Byli jednym z nielicznych zespołów, którzy mimo braterskich zatargów i niekiedy odmiennych artystycznych wizji, spojrzeń na wspólną przyszłość na scenie, przetrwali na niej każdą dekadę oraz panujący na jej przestrzeni gatunek. Gdy wraz z dojrzałością opanowali emocje i utemperowali liderskie zapędy, wydawało się, że praca nad tworzeniem każdej nowej płyt i kolejnego przeboju przynosiła dla nich czystą satysfakcję i radość. Choć na swojej długiej drodze osiągnęli niemal wszystko, o czym może marzyć artysta, 2001 rok wydawał się zbyt wczesnym momentem na zejście ze sceny. Niestety, zgasło pierwsze światło. Po śmierci Maurice’a zespół przestał nagrywać. Definitywny koniec nastąpił jednak przy śmierci Robina. Barry jako solowy wokalista bez wyboru, dopiero rok temu ponownie wszedł do studia i nagrał In The Now przy udziale swoich synów. Był to początek kontynuacji, a jednocześnie rozpoczęcie nowego rozdziału. W 2016 roku założono zespół Gibb Collective. Główną inicjatorką była córka Maurice’a, Samantha, która zwerbowała swoje rodzeństwo, większość bratanków i siostrzenicę, do stworzenia wyjątkowego projektu. Na pierwsze efekty nie musieliśmy długo czekać, jednak rodzinny debiut przedstawicieli młodego pokolenia Gibbów wiązał się z pokładem oczekiwań, jednocześnie wywołując niepewność.

Debiutancka płyta twórczego tandemu, zatytułowana Please Don’t Turn Out The Lights to zestaw dziesięciu kompozycji z bogatą historią, odkrytych na nowo. Niektóre z nich, takie jak New York Mining Disaster 1941 i Started a Joke ściśle przylegają do oryginalnych aranżacji, inne zaś skręcają w kierunku eksperymentalnych rozwiązań i dostosowania ich do schematu współczesnych brzmień. Idealnym przykładem ewolucji jest I’ve Gotta Get a Message to You, które w oryginalnym wykonaniu poznałam stosunkowo niedawno, mimo iż należy do kanonu największych przebojów legendarnego Bee Gees. Posłuchałam i pokochałam za wersję unplugged. W nowej aranżacji Samanthy i Travisa znane wersy idealnie wpasowuje się w wakacyjny motyw.

Trudną muzyczną kwestią w szerokim gronie różnorodnych osobowości jest ocena wydawnictwa pod kątem wokalu. Każdy jest indywidualistą, reprezentującym odmienny styl, estetykę i wrażliwość. Mamy też do czynienia zarówno z nowicjuszami, jak i muzykami z pełnym bagażem doświadczeń. Każdego cechuje niekonwencjonalne spojrzenie na twórczość, co w pewnym stopniu może określać niespójny odbiór wydawnictwa. Tu nie stwarza to problemu, bowiem wspomniane kontrasty dają możliwość bliższego zaznajomienia się z każdym z osobna, odkryć ich mocne strony i dowiedzieć się, co gra w ich duszy.

Stephen Gibb jako gitarzysta od lat towarzyszy ojcu, Barry’emu podczas występów. Rzadziej udziela się wokalnie – niestety na niekorzyść słuchacza. Wystarczy zanurzyć się w rockowe On Time, by docenić jak wielki drzemie w nim potencjał prawdziwego artysty. Dzieci Maurice’a, znanego z genialnego kunsztu kompozytorskiego i instrumentalnego, przekazał część swojego talentu dla Samanthy oraz Adama. Jej podarował wrażliwość i kreatywność, on otrzymał jednostajny i opanowany wokal, o czym możemy się przekonać słuchając nowatorskich interpretacji Morning of My Life oraz jednej z najciekawszych propozycji w zestawieniu, Angel of Mercy.

Wśród indywidualistycznych osobowości króluje Spencer, syn właściciela jednego z najbardziej oryginalnych i niezastąpionych głosów – Robina Gibba. Jego następca od wielu lat wykazuje się samodzielnością w muzyce. Tym razem jego wyrazista barwa ozdobiła piękną balladę Don’t Fall In Love With Me nagraną w 1981 roku na albumie Living Eyes. Po ojcowski repertuar sięgnął również jego drugi syn – Robin John, który przedstawił bliższą musicalowi wersję I Started a Joke, wcześniej znaną z bezbłędnego wykonania Robina.

Najkrócej mogliśmy nacieszyć się twórczością Andy Gibba. Wokalista i najmłodszy z czwórki braci Gibb zmarł w 1988 roku, pozostawiając swoją dziesięcioletnią i jedyną córkę – Petę. Piosenkę Fool for a Night, którą wykonała na albumie, pochodzi z solowej płyty jej ojca, Shadow Dancing wydaną w roku jej urodzenia, 1978. Gdyby nie nazewnictwo, prawdopodobnie nie skojarzyłabym ze sobą obydwu wersji – pierwotnie dynamicznej i funkowej, w nowej odsłonie chaotycznej, przebarwionej elektroniką i pozbawionej melodii. Uwspółcześnianie starych, sprawdzonych kompozycji nie należy do łatwych misji. Ta została zakończona niepowodzeniem.

Znakiem rozpoznawczym Bee Gees na ich wczesnych albumach jest niesamowita kreatywność w tworzeniu pamiętnych melodii, śpiewanych w perfekcyjnej harmonii. W późniejszych dokonaniach z kolei słychać ogromne doświadczenie, wypracowany muzyczny zmysł. Sztuka napisania utworu, który od pierwszego przesłuchania przez długie lata zostanie w naszej głowie, udaje się tylko nielicznym. Byli też wspaniałymi narratorami, którzy wykorzystywali swoje muzyczne umiejętności jako platformę do dzielenia się różnymi doświadczeniami, opowieściami jakie powstawały w ich umysłach, a sprowadzane do rzeczywistej postaci zyskiwały wartościowy przekaz, budowały emocje. Ich droga daje także nadzieję młodym muzykom, którym los i pewne ograniczenia od strony osób trzecich, kładą kłody pod nogi. Wracając do początkowego pytania o los Please Don’t Turn Out The Lights, niepokój okazał się zbędny. Wszystkie, zaledwie dziesięć kompozycji mimo licznych improwizacji, nie tracą oryginalnego, nieodłącznego pola odniesienia muzycznego w pierwowzorach. Dźwięk jest czysty i głęboki, a każdy z wykonawców pozwolił sobie na otwartość i spotkanie sam na sam ze słuchaczem. Czegoś jednak zabrakło. Jeden utwór od osoby to stanowczo zbyt mało, by w pełni zakosztować ich muzycznych umiejętności. Biorąc jednak pod uwagę, że część z nich prawdopodobnie nie wiąże przyszłości ze sceną, z zaangażowaniem dokonali ujmującego gestu ku podzięce swoim bohaterom, którzy  podarowali im życie.

Exit mobile version