Pojawiła się jak grom z jasnego nieba. Najpierw Just Dance, później Poker Face. Nie było dnia bez Lady Gagi. Teraz, z perspektywy czasu, przyjrzyjmy się jej pierwszemu (pod tym pseudonimem) krążkowi – The Fame.
Należę do tego grona, które niegdyś Gagę bardzo lubiło, często jej słuchało i znało na pamięć każdy jej teledysk. Kiedy mi przeszło? Jakoś tak przy wydaniu Born This Way. Z początku krążek ten strasznie mnie męczył. Dopiero niedawno trochę się do niego przekonałem. Nie pomogły też klipy. Kiedyś ciekawe, dziś – nudne (The Edge of Glory, Marry the Night) i obleśne (Born This Way). Nadal jednak uważam, że wokalistka jest utalentowana i nie należy jej skreślać. No więc teraz – kiedy jestem do niej nastawiony zupełnie neutralnie – siadam do The Fame.
Zacznę może od singli promujących płytę. Nie bez powodu osiągnęły tak dużą popularność. Szczególnie Just Dance i Poker Face bardzo mi się podobają. Nieszczególnie przepadam za muzyką imprezową, ale i taką potrafię docenić. A trzeba przyznać, że Just Dance oraz Poker Face to świetnie wyprodukowane, odpowiednio odmóżdżające i po prostu chwytliwe numery. Co jednak ciekawe – nigdy za bardzo za nimi nie przepadałem. Dopiero niedawno je polubiłem. Gorzej z LoveGame. Można posłuchać, ale szybko się nudzi. Pozytywnie mógłbym napisać natomiast o przyjemnym, popowym, ale nieco też dziecinnym Eh, Eh (Nothing Else I Can Say) oraz o łatwo wpadającym w ucho Paparazzi.
Mam niestety wrażenie, że single to elita The Fame. Chciałoby się więcej, jednak żadna z pozostałych piosenek nie ma tyle przebojowości co Poker Face czy Just Dance. Dużo miejsca zajmują zwyczajne zapychacze, o których ciężko coś napisać. Należą do nich Money Honey, Summerboy czy Paper Gangsta. Nie lubię też Boys Boys Boys, w którym dobija mnie ten chórek, oraz tytułowego The Fame. Szybko się nudzi. Nieco tylko lepsze wrażenie zrobił na mnie kawałek Starstruck, w którym gościnnie pojawiają się Flo Rida oraz Space Cowboy. Całkiem przystępne połączenie electropopu i hip hopu. Jednak i jemu daleko do ideału.
Na szczęście na płycie znalazło się również miejsce dla utworów, które całkiem mi się podobają. Przyznam, że zaskoczeniem był dla mnie utwór Brown Eyes. I choć z początku zupełnie mi się nie podobał (Gaga brzmi w nim gorzej niż w innych), to dziś zaliczam go do lepszych kawałków z The Fame. Dużym plusem jest to, że się wyróżnia. To jedyna ballada na płycie. Nieco gitarowa, ale niestety nie rockowa. Nie umywa się do ballad z kolejnych płyt (Speechless, You and I). Oprócz tego lubię bardziej wyraziste i nieco nawet niegrzeczne Beautiful Dirty Rich. Jednak najlepsze wrażenie zrobiły na mnie dwie ostatnie piosenki: klubowe Disco Heaven oraz nieco rhythm and bluesowe Retro Dance Freak. Tak jak pozostałe kawałki na płycie są taneczne, ale się wyróżniają. To najciekawsze i najbardziej oryginalne utwory z The Fame. Mam nadzieję, że na nadchodzącym ARTPOP znajdą się utwory podobne do tych dwóch. Takie z pomysłem.
Ogólnie rzecz biorąc, The Fame jest albumem średnim. Znalazły się tu zarówno dobre, przebojowe produkcje, jak i te słabe, nic niewnoszące. Lady Gaga pokazała, że ma potencjał. Całego jednak tu nie wykorzystała. Jak dalej potoczyła się jej kariera, już wiemy. The Fame podoba mi się mniej niż Born This Way czy też EP-ka The Fame Monster. Jestem ciekaw, jak brzmieć będzie kolejna płyta wokalistki.
