Dzisiejszą recenzję chciałbym rozpocząć od pewnej wyliczanki: The Kills, Queens of The Stone Age, The White Stripes, The Raconteurs. Jej alternatywna wersja jest także bardzo interesująca i wygląda mniej więcej tak: Jack White, Alison Mosshart, Dean Fertita, Jack Lawrence. Co jednak, tak naprawdę, kryje się za płytą Dodge and Burn, poza oczywistym powiązaniem z powyższymi nazwami?
Tutaj z pomocą ponownie przyjdzie mi wyliczanka. Otóż najnowsze dzieło supergrupy The Dead Weather mógłbym streścić w 4 słowach: szorstkość, wyrazistość, polot i charyzma. Wszak te cztery słowa (no, ewentualnie, poza pierwszym) powinny w moim odczuciu charakteryzować każdy szanujący się zespół rockowy. No ale chwila chwila: rzeczowniki przecież nie zdobywają słuchaczy – robi to muzyka! Zatem o muzyce słów kilka.
Na początek powiążę ją z pierwszym przymiotnikiem z mojej zabawy. Chropowaty klimat co prawda nie jest jedynie domeną takich produkcji, jednak to zwłaszcza w gitarowym brzmieniu daje mi on poczucie, że gra idzie prosto z serca. To coś na zasadzie tatuażu, który zespół robi sobie w studio poprzez brudzenie każdego dźwięku mega szorstkim efektem, aby finalnie otrzymać ponury i mroczny styl. Każdy taki riff, każda taka piosenka, kryje w sobie masę szczerości i niesie jasny przekaz: „w mej duszy hula rock”. Podobnie ma się sprawa w przypadku tej płyty, bowiem już od pierwszego singla (Open Up) można to było wyczuć. A warto wspomnieć, że ta piosenka jest raczej jedną z bardziej sterylnych na krążku.
Jednak, jak zresztą każdy utwór, jest niewątpliwie cholernie wyrazista. Co daje nam to w praktyce? A chociażby to, że gdy się już raz przesłucha całego wydawnictwa, bardzo ciężko jest doprowadzić do tego, że nie rozpozna się tego stylu. Jest to brzmienie jedyne w swoim rodzaju, chociaż z wiadomych względów przypominające pewne wcześniejsze dokonania całej ferajny. I tak na przykład I Feel Love (Every Million Miles) z powodzeniem mogłoby znaleźć się w dyskografii Jacka Białego aka Mr. Lazaretto. Let Me Through spokojnie można by przypisać zespołowi The Kills, natomiast Josh Homme (QOTSA) zapewne nie miał by nic przeciwko temu, żeby utwór Buzzkill(er) podpisywać nazwą jego zespołu. Niemniej jednak nie można powiedzieć, że któraś z tych kompozycji jest niewyraźna czy zamglona, a delikatne skojarzenia z innymi kapelami nie przeszkadzają w tym przecież w żadnym stopniu.
Co do polotu, to niewątpliwie zespół udowodnił wiele swoim słuchaczom. Różnorodność dźwięków jest tak ogromna, że nawet pan Stonoga wymięka. Wysokie, niskie, psychodeliczne, egzotyczne, klawiszowe, gitarowe, świeże, oldschoolowe. Podobnie rzecz ma się z rytmem, bo tutaj też raczej bliżej nam do parku rozrywki niż grzybobrania – tempo jest urozmaicone, zgrane z melodią i przede wszystkim człowiek nie odnosi wrażenia, że każdy utwór napisano na jedne kopyto. Jest, kurwa, moc!
Charyzma – z greckiego chárisma, które oznacza „dar”. Taka etymologia idealnie wpasowuje się w to, co chciałem przekazać w tym akapicie. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że zespół jest wybitny, bo nie jest, jednak ma w sobie ten dar, który czyni go innym od reszty (na swój sposób wyjątkowym). Jest to spuścizna wielu lat pracy w branży muzycznej, która owocuje czymś na kształt intuicji. Dzięki temu The Dead Weather nie brzmią jak przeciętna kapela, ale jak wielki band. I mimo to, że jest to jedynie supergrupa, mimo to, że nie grają ze sobą za dużo i zazwyczaj spotykają się już w studio, to łączy ich jedno – doświadczenie (plus szósty zmysł, ale to już dosyć niemierzalna kwestia :) ).
Pisałem ostatnio o płycie zespołu OCN, że w końcu w 2015 znalazłem dobry polski krążek na miarę światowego rocka. Teraz z czystym sumieniem mogę napisać coś podobnego o wydawnictwie Dodge and Burn. Jest to przede wszystkim kawał dobrego rocka. Pomijam wszelkie kwestie odnośnie popularności i komercyjności, bo to zależy głównie od indywidualnych upodobań, jednak patrząc nawet czysto obiektywnie nikt mi nie powie, że jest to słaby krążek. Basta!

