Something Else jest siódmym studyjnym krążkiem irlandzkiej grupy The Cranberries. Został wydany 28 kwietnia 2017 roku przez wydawnictwo BMG Right Management. Album zawiera 13 piosenek, które powstały przy udziale Irish Chamber Orchestra.
Pomysł na płytę zaaranżowaną w takiej konwencji zaczął kiełkować w głowie Dolores O’Riordion na przełomie 2013 i 2014 roku. Władze jej rodzinnego miasta chciały uczcić wybór Limerick na Irlandzką Stolicę Kultury. Z tej okazji wokalistkę poproszono o wykonanie kilku piosenek wraz z Irish Chamber Orchestra. Dolores została oczarowana takimi aranżacjami swoich kompozycji i postanowiła, że z okazji 25-lecia działalności zespołu powstanie album z udziałem orkiestry. Czy to był rzeczywiście dobry pomysł?
Słuchając utworów z tej płyty stwierdzam, że siódemka jak i trzynastka nie są szczęśliwymi liczbami dla The Cranberries. Na myśl przychodzi mi porównanie do oglądania wyblakłej fotografii. Niby wszystko jest poprawne, ale brakuje tej dawnej ostrości i ekspresji. I czy jest to rzeczywiście 'coś innego’? Mam mieszane uczucia…
Płyta to połączenie starych i nowych kompozycji w stosunku 10:3. To pierwszy fakt, który trochę rozczarowuje. Po kilku latach posuchy spodziewałam się usłyszeć czegoś więcej niż około 15 minut premierowych kompozycji. Pierwszy na playliście jest Linger. Jest to także singiel promujący nowy album. Pierwotnie został on wydany w 1993 roku na debiutanckim krążku grupy. Od momentu, gdy usłyszałam ten przebój na nowym albumie, zaczęłam się zastanawiać nad sensem całego przedsięwzięcia… Zmiany są raczej kosmetyczne i delikatne, na pewno nie nowatorskie. Po prostu nic specjalnego.
Prawdziwe zawiodłam się jednak na Zombie. Oryginał miał pazur, a ekspresję wokalu świetnie uzupełniały mocne uderzenia perkusji i brzmienie gitary elektrycznej. A nowa wersja to dla mnie totalne rozczarowanie. Całe wykonanie jest mdłe i pozbawione wyrazu. Na niekorzyść zadziałała także przeróbka When you’re gone, która brzmi infantylnie, trochę jak kołysanka. A na dodatek wydaje mi się, że słychać nieczystości w wokalu Dolores.
Na plus zaskoczył mnie Dreams. W starej wersji bardzo charakterystyczny jest gitarowy podkład, który świetnie współbrzmi z głosem wokalistki. Na Something Else gitara została zastąpiona sekcją smyczkową. Brzmienie jest niezłe, a utwór zyskał przyjemnej lekkości.
The Glory, Rupture i Why – takie tytuły noszą najświeższe propozycje od The Cranberries. I żadna z nich nie wywołała u mnie efektu wow po przesłaniu. Rupture opowiada o załamanym sercu i przeżyciach z tym związanych. Z kolei Why zostało napisane po śmierci ojca Dolores. Oba utwory mają wymiar bardzo melancholijny i opowiadają o smutnych wydarzeniach. Ich melodia jest ciężka, depresyjna i wlecze się, co po kilkunastu sekundach staje się męczące. Z kolei The Glory pomimo banalnego tekstu zaskakuje całkiem niezłą, lekką aranżacją.
Podsumowując, Something Else jako całość zbytnio nie zachwyca, nie zaskakuje. Nie intryguje i pozostawia ogromny niedosyt, zarówno w kwestii starych hitów oraz nowych propozycji. Może to tzw. niemoc twórcza albo wypalenie. Najprawdopodobniej też zespół czuł presję swojego 25-lecia i muzycy chcieli na siłę coś opublikować. Większość utworów mimo 'odświeżonej’ aranżacji nie różni się od wersji pierwotnej. Może dlatego, że The Cranberries zazwyczaj komponowali swoje piosenki w konwencji soft rock. Zatem dorzucenie do podkładu muzycznego sekcji smyczkowej w postaci skrzypiec i altówki nie stało się aż tak innowacyjne. Może zamiast orkiestry powinni byli zaprosić do współpracy DJ-a…

