Site icon All About Music

The Black Keys – „Let’s Rock” (2019), recenzja Izabeli Zadury

Kiedy singiel z nadchodzącego albumu zapisuje się na kartach historii jeszcze na długo przed wydaniem płyty, którą promuje, wiedz, że coś się dzieje. Swoim najnowszym, dziewiątym albumem „Let’s Rock” The Black Keys próbują dogonić sukces utworu Lo/Hi.

Lo/Hi jako pierwszy utwór w historii muzyki znalazł się jednocześnie na szczytach aż czterech amerykańskich list przebojów: Mainstream Rock Billboard’u, Adult Alternative Songs, Rock Airplay oraz Alternative Songs. O co to całe zamieszanie? O piosenkę brzmiącą tak, jakby napisano ją specjalnie po to, aby świetnie brzmiała na letnich festiwalach muzycznych. Poza znakomitym gitarowym solo jest tutaj chórek i wszystkie elementy, które charakteryzują muzykę The Black Keys – mrocznego blues-rocka z elementami garażowego indie. Na „Let’s Rock” to bluesowe afiliacje wysuwają się na pierwszy plan.

Tytuł albumu ma raczej mroczną genezę – Let’s rock to ponoć ostatnie słowa skazanego na śmierć mordercy Edmunda Zagorskiego, którego egzekucja na krześle elektrycznym miała miejsce w listopadzie zeszłego roku w Nashville. Album The Black Keys nie jest aż tak ciężki, jak może sugerować powyższa inspiracja. Perkusista Patrick Carney określił Let’s Rock jako „hołd dla gitary elektrycznej”. Carney oraz wokalista/gitarzysta Dan Auerbach podeszli do nagrywania albumu z prostotą, cały proces realizując w prywatnym studio Auerbacha. Oprócz dwóch wokalistek zapewniających chórki, muzycy nie skorzystali z niczyjej pomocy ani żadnych dodatkowych instrumentów.

Co jest efektem tego podejścia? Album o jakości zbliżonej do znakomitego El Camino z 2011 roku. Let’s Rock nie owija w bawełnę i już od samego początku serwuje chwytliwe, proste w odbiorze gitarowe hity, które zachwycają swoją spójnością. Takie jest Shine a Little Light. Następujące po nim Eagle Birds, jeden z singli, proponuje słuchaczom bluesa z głębokiego południa Stanów Zjednoczonych, do którego The Black Keys zdążyli już nas przyzwyczaić.

Ten brak niespodzianek to największy (i chyba jedyny) minus albumu. The Black Keys nie chcą szokować słuchacza, nie chcą eksponować go na nic nowego i ryzykownego. Przeciwnie: skupili się na doprowadzeniu do perfekcji swojego dźwięku, przy okazji lekko kłaniając się w stronę mainstreamu (prowadzone genialnym beatem Every Little Thing czy Tell Me Lies, które brzmi jak popowa piosenka w przydługim rockowym płaszczu). Czasami, ale nie za często, muzycy dorzucają balladowe, spokojniejsze piosenki o miłości jak Sit Around and Miss You czy Walk Across The Water. Prostota przejawia się nie tylko w warstwie instrumentalnej, ale również lirycznej:

I can barely wait to get a hold on you
I wanna feel the one who has my love
Always come a runnin’ when you want me to
I put no one else above
Only one I’m dreaming of

Na Let’s Rock znajdziemy również kilka niekwestionowanych hitów: Get Yourself Together z niesamowicie energicznym refrenem, szybkie i rytmiczne Go z rozmachem porównywalnym do Lonely Boy oraz ciężkie Breaking Down z głośną perkusją. Gitara Auerbacha żyje własnym życiem, ciesząc nasze uszy riffami w stylu mistrzów hard rocka lat 70.

The Black Keys to marka sama w sobie, i muzycy nie mają zamiaru z niej rezygnować. Po eksperymentalnym Turn Blue zespół postanowił wrócić bliżej swoich korzeni, budując przy tym na swoich dotychczasowych osiągnięciach. Najnowsze dzieło mistrzów współczesnego blues-rocka nie powinno mieć problemu z trafieniem do szerokiej grupy odbiorców. Przede wszystkim to potężna dawka najwyższej klasy rockowego grania.

Exit mobile version