Site icon All About Music

The Amity Affliction – Misery (2018), recenzja Izabeli Zadury

Australia jest ojczyzną wielu znanych i lubianych metalcore’owych i post-hardcore’owych grup, na czele z Parkway Drive, Northlane i The Amity Affliction. Ta ostatnia grupa, na scenie już od 15 lat, właśnie powróciła z szóstym już albumem studyjnym. Czy albumem Misery uda im się powtórzyć sukces bardzo dobrze przyjętego przez fanów i krytyków This Could Be Heartbreak?

Fot. theamityaffliction.net

Niektórzy powiedzą, że porównywanie całego dorobku artysty do najlepszej płyty, jaką ten kiedykolwiek nagrał, jest niesprawiedliwe. Taka technika nie zostawia miejsca na rozwój oraz eksperymentowanie i sugeruje, że najlepiej jest osiąść na laurach i cały czas powtarzać coś, co już raz okazało się sukcesem. Nie oczekiwałam jednak od The Amity Affliction drugiego This Could Be Heartbreak; oczekiwałam po prostu utworów, które poruszą mnie tak samo, jak O.M.G.I.M.Y. czy I Bring The Weather With Me. Miałam nadzieję, że zespół na tyle dobrze panuje już nad swoim stylem (który charakteryzuje mistrzowskie łączenie czystych wokali z growlem, okraszone ostrymi gitarami i melodyjnymi, chwytliwymi hookami), że będzie w stanie stworzyć kolejną płytę równie wartościową, jak poprzednia, a przy tym lekkostrawną.

Fot. facebook.com/theamityafflictionofficial

Nadzieję na spełnienie tego marzenia dał mi pierwszy promujący płytę singiel Ivy (Doomsday). Spokojne zwrotki prowadzą do refrenu, który pędzi na łeb, na szyję, aby w trzeciej minucie zafundować nam katartyczny breakdown. Piosence niczego nie brakuje: znośny tekst, dużo energii, metalcore’owy pazur. Słuchałam Ivy (Doomsday) regularnie, za każdym razem uśmiechając się na myśl o zbliżającej się dacie premiery albumu. Moje oczekiwania ostudził jednak kolejny singiel, Feels Like I’m Dying. O ile zwrotkom nie można wiele zarzucić, refren to elektroniczny koszmarek z udziałem autotune’a, przywołujący na myśl twórczość 3OH!3 czy nawet brokeNCYDE (czy ktokolwiek jeszcze o nich pamięta? No właśnie).

Dwa powyższe single otwierają płytę. Następujące po nich Holier Than Heaven nieco ratuje honor zespołu, stanowiąc dużo zgrabniejsze połączenie agresywnego wokalu i ciężkiej perkusji z melodyjnym refrenem – jest to jeden z najlepszych utworów na albumie. Niestety nie można powiedzieć tego samego o Burn Alive, utworze, gdzie zarówno bridge, jak i outro to powtarzające się „yeah yeah yeah”, a warstwa muzyczna jest przesłodzona i naładowana elektroniką. Podobnie można scharakteryzować tytułowe Misery, gdzie metalcore’owe zwrotki prowadzą do elektronicznego refrenu, o którym wolałabym jak najszybciej zapomnieć. Nie jestem też pewna, co muzycy chcieli osiągnąć, wplatając do piosenki kobiecy głos krzyczący „I just wanna die!”. Odnoszę wrażenie, że Australijczycy nie wiedzą jeszcze, jak używać w swojej muzyce elektroniki tak, aby efekty nie były kiczowate. Utwory, w których skupiają się na muzyce gitarowej wychodzą im o wiele lepiej i skuteczniej wyrażają emocje.

Udowadnia to dalsza część płyty: Kick Rocks to utwór cięższy, w którym dwaj wokaliści wspólnie sprzeciwiają się hipokryzji. Nieco spokojniejsze zwrotki pozwalają skupić się na świetnym tekście utworu, a refren zachęca do rytmicznego zarzucania włosami w przód i w tył. Świetne jest także Black Cloud, w którym zarówno „czysty” wokalista Ahren Stringer, jak i specjalista od growlu Joel Birch wznoszą się na wyżyny swoich możliwości, a riffy gitarowe gwarantują, że utwór będzie jednym z faworytów publiczności podczas występów na żywo.

The Amity Affliction, wierni swojej tradycji, jeden z utworów na albumie zatytułowali akronimem. D.I.E., chociaż w warstwie lirycznej nieco banalny, zawiera świetne gitarowe solo, pierwsze tak dobre na tym albumie. Kolejny utwór to Drag The Lake, który już po pierwszym przesłuchaniu stał się jednym z moich faworytów w całym dotychczasowym dorobku The Amity Affliction. Elektronika jest tutaj ograniczona do minimum, tekst jest poruszający; wzrusza nawet sposób, w jaki wokaliści wykonują refren, przekazując słuchaczom ogromną dawkę emocji. Ciarki na całym ciele: zaliczone.

Beltsville Blues to kolejny eksperyment zespołu: wokalista growlowy, Joel Birch, para się tutaj czystym śpiewem z dość przyzwoitym rezultatem. Utwór jest dobry, nie zapada jednak specjalnie w pamięć. Następujący po nim Set Me Free nie pozwala złapać oddechu od eksperymentów i udziwnień, jest w nim bowiem wszystko: elektroniczne zapętlenia, prawie stadionowy refren, ostry growl, mówione wstawki oraz gitarowe solo w stylu rocka lat 80.: wprawdzie imponujące, ale zupełnie nie pasujące do klimatu płyty. Album zamyka The Gifthorse, wzruszający, ale nie pozbawiony energii utwór z ogromną dozą szacunku opowiadający o przyjacielu jednego z członków zespołu, który odebrał sobie życie.

Album Misery pokazuje, że The Amity Affliction obrali trajektorię bardzo podobną do Brytyjczyków z Bring Me The Horizon: zaczynali od agresywnego, bezkompromisowego metalcore’u, aby po kilku płytach znacząco złagodnieć i zacząć wplatać do swojej muzyki coraz więcej popowych refrenów i elektronicznych sampli, a coraz mniej polegając na charakterystycznym dla tego gatunku growlu. O ile Bring Me The Horizon pod przewodnictwem wizjonera Oli’ego Sykesa robią to w sposób mistrzowski i ekscytujący, który czyni ich coraz bardziej widocznymi dla masowej publiczności, o tyle The Amity Affliction mogliby się od nich wiele nauczyć. Australijczycy stworzyli przyzwoity, ale nierówny album, który trudno będzie pokochać: zbyt lekki dla oddanych fanów zespołu, zbyt ciężki i specyficzny dla nowych słuchaczy, lubiących nieco lżejsze rytmy.

Exit mobile version