Na swoim koncie nie ma zbyt wielu sukcesów, nie podbija list sprzedaży, a jej koncert, pomimo że odbył się w małym lokalu, nieco świecił pustkami. Jednak to nie przeszkodziło Tessie Violet w zagraniu żywiołowego koncertu, który rozniósł warszawskie Hybrydy.
Polscy fani są znani z tego, że z najmniejszego koncertu potrafią wzniecić prawdziwy pożar. Potrzebny jest tylko mały zapalnik w postaci mocnego wejścia artysty na scenę, który od razu rozgrzeje publiczność. Zwłaszcza, jeżeli na koncert udają się najwierniejsi fani, którzy znają teksty piosenek z albumu, który ukazał się dwa dni przed koncertem.
Tessa Violet wtargnęła na scenę jak huragan i nie zaczęła show żadną przemową, żadnym intrem. Wbiegła na scenę w idealnym pomarańczowym kombinezonie, który perfekcyjnie komponował się z jej żółtymi włosami i białymi uniformami reszty zespołu. Wyglądała trochę jak więzień z „Orange Is The New Black”. Artystka przeszła do rzeczy i zaśpiewała tytułowy utwór z trasy I like (the idea of) you. Tak powinien zaczynać się każdy koncert. Bombą, którą zna i śpiewa każdy. Później idzie z górki, bo wszyscy chcą więcej, a dla środowiska fanowskiego Tessy, był to zaledwie przedsmak. Mała zakąska dla głównego dania.
Podczas koncertu wokalistka zagrała wszystkie piosenki z premierowej płyty: Bad Ideas i rozpoznawalnych reprezentantów z poprzedniego dorobku artystycznego. Były chwile wzruszenia, były chwile prawdziwego szału i były momenty na oczyszczenie się z negatywnych emocji. Tessa pięknie, w sposób indywidualny podchodziła do każdej piosenki. Opowiadała o swoich problemach psychicznych, śmiała się z siebie, z fanów i z fanami. Jednego nawet wykorzystała jako stojak na mikrofon. Wszystkich traktowała jak równych, jak kolegów, z którymi może porozmawiać o wszystkim, którym można oddać na chwilę mikrofon i pozwolić im zaśpiewać, zabawić publiczność. Granica była, choć cienka. Wymierzona perfekcyjnie.
Z zespołem zgrała się idealnie. Muzycy współpracują ze sobą już długo. Czuć między nimi przyjaźń i wspólne zaangażowanie w koncert. Koncert wyglądał jak występ grupy studentów, którzy znają się wiele lat. Z tą różnicą, że był znacznie bardziej profesjonalny, a sama gwiazda biegając po scenie i grając na gitarze, wciąż śpiewała czysto. Czasem miałem wrażenie, że jest ciekawiej niż na płycie. Tak charakternie, z pazurem. Tessa poniosła tłumy, ale też wykonując Interlude III i cover Liability, skradła serca i wzruszyła do łez.
Był szał, krzyk, pisk, taniec, skoki, ale pełna kultura. To artystka, która dała piękny i energetyzujący koncert pełen wrażeń, który zapamięta się na długo. Na artystkę powinny czekać oferty z największych festiwali w Europie, bo pomimo małej rzeszy fanów, porywa tłumy. W swoim życiu byłem na wielu koncertach, mniejszych i większych, ale to mój faworyt.

