W ciągu 2 lat od momentu założenia, Terrific Sunday wystąpili na najważniejszych wydarzeniach muzycznych takich jak Open’er Festival, Jarocin Festival czy Spring Break. Grali w towarzystwie Much, grupy Hey czy Artura Rojka. Po wydaniu dwóch EPek przyszedł czas byśmy zapoznali się z pełnowymiarowym debiutem. Dziwi mnie tak ekspresowy czas wydania pierwszego albumu, zwłaszcza, że mamy do czynienia z szeroko pojętą alternatywą, a przecież wiemy, że ten rynek nie należy do najłatwiejszych…
Jak to mówią, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ten poznański kwartet na dobry początek swojej działalności wydał dwie EPki: Terrific Sunday oraz Tonight. Wzbudził zainteresowanie poszukiwaczy nowych talentów i organizatorów festiwali – nie dziwi więc fakt, że w ciągu 2 lat grupa odwiedziła kilka mniejszych i większych festiwali. Muszę przyznać, że materiał zawarty na wyżej wymienionych mini-albumikach był nadzwyczaj obiecujący. To istna mieszanka rocka w połączeniu z nietypowym, alternatywnym brzmieniem. Być może dlatego później przyklejono do nich łatkę indie rocka, lecz dla mnie to raczej po prostu dobre granie, które ma potencjał, by zainteresować szerszą publiczność.
Czy udało się to ze Strangers, Lovers? Owszem, mamy dwa numery w nieco zmienionych formach ze wcześniejszych mini-wydawnictw, lecz stanowią one jedynie fragment tego, co grupa ma nam do zaoferowania. Mamy jedną spójną wypowiedź, podzieloną na 11 części w postaci utworów, gdzie koniec jednej części brzmieniowo łączy się z początkiem drugiej – i tak przez cały album. Mimo tego małego mankamentu przez każdy numer przewija się fala ciężkiej do określenia energii. Chociaż otwierający album Another Slowly Leaves niczego dobrego nie zwiastuje, to przy dalszych numerach (Sold My Soul, Petty Fame) trochę się to wszystko rozkręca. Nie da się ukryć, że to właśnie te dwa utwory są dość mocnym punktami tego wydawnictwa. Dalej mamy okazję posłuchać znany z Terrific Sunday EP Wallpapers. To swoista forma odpoczynku przed tym, co jeszcze mają nam do zaoferowania…
Kontynuując wycieczkę po krążku mamy jeszcze numer Coda, który wydaje się być typowym utworem, który mogłaby zagrać każda kapela początkująca w naszym kraju. Fakt, jakby się ktoś uparł, można byłoby przypisać to miano Terrific Sunday, jednakże biorąc pod uwagę doświadczenie sceniczne, po prostu nie wypada. Frenulum wydaje się być z kolei bardzo długim wstępem do singlowego Streets of Love. Przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy takiej piosence jak Streets… , który eksploduje wręcz energią i zaraża ją słuchaczy potrzebny jest taki dwuminutowy wstęp? Raczej obeszłoby się bez. Wcześniejszy kawałek, promujący wydawnictwo Bombs Away też jest ekspozycją możliwości zespołu. Szkoda jednak, że jest otoczony piosenkami, które po prostu mnie nudzą i sprawiają wrażenie, jakby zawartość albumu miałaby się nigdy nie skończyć. Days Go By oraz Get Lost to fatalne połączenie, które działa na mnie wręcz usypiająco. Patrząc indywidualnie na każdą z nich są może interesujące (np. solówka w Get Lost), lecz słuchając obu naraz następuje odwrotny skutek od zamierzonego. Doskonale sprawdza się tu przysłowie, że co za dużo to niezdrowo. Sytuację ratuje trochę znany z Tonight EP i zamykający krążek In The Arms. Fajnie byłoby, gdyby pomyślano nad wydaniem tej kompozycji jako singiel numer trzy, gdyż można byłoby w ten sposób zainteresować nową rzeszę słuchaczy.
Widzę potencjał, jaki jest w tej grupie. Niewątpliwie Terrific Sunday to artist-to-watch i niedoceniony za swoje poczynania, a one w ciągu dwóch lat były ogromne. Na pewno będę im kibicować na dalszych etapach rozwoju tegoż projektu. W końcu zaserwowano nam niezły początek swojej działalności i wciąż zastanawiam się, co w przyszłości Piotr Kołodyński i spółka wymyślą. Debiut nie jest aż tak dobry, jak można byłoby się spodziewać, ale nie jest też źle. A projekt wróży dobrze na przyszłość.

