Site icon All About Music

„Ten wywiad może być najlepszym streszczeniem mojej drogi, jaką przeszedłem, by powiedzieć wszystkim: Jestem” – rozmowa z Krzysztofem Iwaneczko

Krzysztof Iwaneczko zadebiutował na początku tego roku albumem Jestem, choć na scenie pojawił się znacznie wcześniej. W szczerej rozmowie podsumowaliśmy jego debiutancką trasę, którą właśnie zakończył. Poruszyliśmy też tematy tego, z czym borykał się jako młody, debiutujący artysta i jak radził sobie z przeszkodami, które napotykał.

Kilka tygodni temu, zakończyłeś swoją pierwszą trasę promującą Twój debiutancki album „Jestem.”. Jakie są Twoje wrażenia?

Mnóstwo wrażeń, ponieważ musieliśmy się sporo napracować i trochę „oberwać” od losu, żeby zrealizować tę trasę. Na dwa dni przed startem trasy mieliśmy gotowe oświadczenie o jej odwołaniu, w związku z wycofaniem się partnera. Taka trasa jest dużym przedsięwzięciem i trochę kosztuje, jeśli chce się to zrobić dobrze, ale udało się. Dlatego tym bardziej doceniam, że mogłem spotkać się z fanami podczas koncertów i grać dla nich. Jestem ultra szczęśliwy, że te koncerty się odbyły, marzyłem o tym.

Jak się ratuje taką sytuację, gdy na parę dni przed trasą wysypuje się partner?

Mam ogromne szczęście w postaci aniołów wokół siebie. Nareszcie, bo po 2 latach tułaczki i wybierania nieodpowiednich, niekompetentnych ludzi. Chyba tak jak mówią – karma wraca i dzisiaj dostałem zwrot nadpłaconego podatku w postaci ludzi, którzy mnie otaczają. Na pewno sam fakt, że pracujemy od pierwszej trasy z Good Taste Production oraz Zabdyr Sound&Light jest dużą sprawą i jako debiutant mam ogromny respekt wobec tego. A jak to się robi, gdy coś się wysypuje? Po prostu mogę liczyć też na innych i czuję, że nie jestem sam. To bardzo pomaga.

Fot. Dominik Malik

Cofnijmy się do Twoich początków. Ukończyłeś szkołę muzyczną na fortepianie. Dlaczego jako dziecko wybrałeś akurat ten instrument?

Nie tak dawno rozmawiałem z moim pianistą o tym co moglibyśmy zrobić, żeby poprawić swój warsztat. On teraz mocno inwestuje w swoje umiejętności perkusyjne, a mi bębny zawsze sprawiały największą frajdę – groove, rytm i tak dalej. Kiedy dowiedziałem się, że mam być w klasie fortepianu, to rozpłakałem się rodzicom. Oczywiście wiedziałem, że to szkoła muzyczna. Sam ją nawet wybrałem, kierując się tym, którego z rodziców mniej urażę, bo moja mama jest skrzypaczką i była za tym, żebym chodził do szkoły muzycznej. Ojciec z kolei chciał mnie posłać do szkoły ogólnokształcącej. W każdym razie byłem przekonany, że idę na perkusję. Swoją drogą, bardzo dobrze się stało, bo zostałem zapisany do klasy znajomego rodziny, z którym nawiązaliśmy super relacje. On zaszczepił we mnie miłość do wokalu i muzyki rozrywkowej. Jako dziecko nie miałem świadomości, że będziemy sięgać po tak przeróżne spektra muzyki – rozrywkowej, klasycznej, współczesnej… Wtedy gdzieś to się zaczęło. Moja mama tak zdecydowała, bo nie trzeba nic dźwigać do szkoły, bo pianino stało w domu, bo Pan Profesor jest sąsiadem i tak się to wszystko złożyło. Z całej tej sytuacji i klasy fortepianu jestem dziś w sumie bardzo zadowolony.

Czy takie wykształcenie muzyczne sprawia, że trochę inaczej postrzegasz muzykę?

Wydaje mi się, że takie wykształcenie jest wciąż zbyt nikłe, żeby o tym mówić, dlatego ciągle się kształcę i myślę o dalszym rozwoju. Pewnie trochę bardziej analitycznie podchodzę przez to do muzyki i słucham jej być może inaczej. Często kiedy pytam znajomych czego słuchają, to dostaję odpowiedź „to co w ucho wpadnie”. I czasem zastanawiam się jak to jest. Stąd wydaje mi się, że mam trochę inne podejście. Bardzo lubię słuchać przeróżnych nurtów i faktycznie nawet nie zdaję sobie sprawy, jak często analizuję to czego słucham. Z drugiej strony uważam, że warto się rozwijać i ciągle myślę o muzyce jako sposobie na życie zawodowe. Za kilka dni skończę studia i chciałbym dalej rozwijać się w tym kierunku. Być może jakaś akademia… Zawsze jest to jakiś rozwój, bo ucząc kogoś, uczę sam siebie.

Jesteś raczej osadzony w tych klasycznych klimatach, czy śledzisz też współczesne trendy?

Pewnie, że tak! Śledzę i nawet powiem szczerze, że zawsze mi się to podobało. Pewnie trochę słychać na mojej płycie, że poszukuję takich fuzji współczesności z bardziej klasycznym podejściem. Zawsze podstawą jest dla mnie żywe brzmienie, ale niesamowicie inspiruje mnie też elektronika i muzyka stricte produkcyjna. To nie wzięło się znikąd, ale czuję, że jest jeszcze dużo do zrobienia, żeby to było na wysokim poziomie i żeby łączyć tak trudne i de facto skrajne nurty jak współczesna muzyka popowa, która potrafi być bardzo prosta i banalna, z tą oldschoolową i klasyczną, która bywa wręcz archaiczna. Sam zauważam, że zapędzam się czasem w kozi róg, dlatego pracuję z super producentem jakim jest Michał Kush. On ma w tej kwestii bardzo dużo do powiedzenia.

Przyznaję, że początkowo trochę mnie zaskoczyło to połączenie Michała, kojarzonego chociażby ze współpracy z Darią Zawiałow i Ciebie, kojarzonego ze śpiewaniem ballad przy pianinie.

To jest jakieś krzywe zwierciadło, które mnie zawsze irytowało. Nie jestem żadnym chłopakiem przy pianinie. Jestem normalnym chłopakiem, który chce robić rzeczy współczesne, chce sięgać po różne nurty i rozwijać się. Absolutnie nie jestem gościem od ballad. Oczywiście, bardzo lubię lirykę, długie frazy i nie ucieknę od tego, bo mój sposób tworzenia przez długi czas był taki, że siadałem do piana i tworzyłem. To determinuje bardzo określone rozwiązania melodyczne, harmoniczne, rytmiczne. Gdybym miał w ręce gitarę to już bym myślał inaczej, stąd chciałbym się teraz nauczyć trochę grać na gitarze, bo jest zupełnie inna percepcja. Zupełnie inne spojrzenie na muzykę nasunęło mi się, kiedy tworzyliśmy tryptyk Niepodległa z Adamem Lemańczykiem i tam sięgnęliśmy po utwory wieszczów z przełomu XIX/XX wieku, typu Mickiewicz, Konopnicka, ks. Karol Antoniewicz i zrobiliśmy współczesne numery z bandem i powiększoną sekcją. Kompletnie inaczej pracuje się z takim tekstem i kompletnie inne jest myślenie o linii melodycznej, inne rzeczy ją determinują. Nie chcę być człowiekiem jednorodnym. Fajnie złożyła się współpraca z Michałem Kushem,  bo kiedy wysłałem mu swój materiał to zadał mi pytanie – jakie to ma być? Dzisiaj chciałbym zrobić to inaczej, ale to nie był koncept album, więc powiedziałem mu – zróbmy swoje. Nie określajmy tej płyty, zanim ona powstanie. Oczywiście numery już były, ale chciałem żeby Michał je uszlachetnił, uwspółcześnił i tak dalej. A on na to, że zawsze chciał coś takiego zrobić, tylko trochę nie było z kim. Wiadomo jak to jest – wytwórnia mówi, że to ma być określone. Dzisiaj też chciałbym się bardziej określić. Jak już posłuchałem swojej płyty i mi się ona przejadła, to chciałbym ją zrobić przede wszystkim szybciej, mniej się nad nią roztkliwiać. Ale wtedy zrobiliśmy to tak, spełniliśmy jakieś swoje aspiracje, marzenia. Dla mnie to duży zaszczyt, że z Michałem pracujemy, kumplujemy się i jeszcze się sobie nie znudziliśmy artystycznie.

Jak w ogóle wyglądał ten czas powstawania płyty?

Szczerze? Już nie pamiętam. Płyta powstawała strasznie długo. Inaczej, materiał był gotowy od dawna. Przygotowałem materiał jednak potem się okazało, że fajnie byłby zrobić tą płytę niejako od nowa, bo słyszałem, że zbyt mało umiem, a kontrakt który miał być nagrodą – jego nie było. Sięgnąłem wtedy po Michała, pracowałem też w międzyczasie z Mariuszem Obijalskim, znanym z Fisza Emade. Zrobiliśmy razem jeden numer, który na razie zabrzmiał tylko koncertowo. No i w featuringach pracowałem z Adamem Sztabą. Zawsze starałem się coś podpatrywać, a moi koledzy już mnie z maczetami ścigali, bo ileż można tych aranży zmieniać. Mówili: pisz nowe numery, a nie ciągle tylko te stare zmieniasz. Faktycznie, jest coś w tym, że trzeba zamknąć ten etap i iść dalej.

Skoro już wspomniałeś o swojej nagrodzie z programu, nie wiem czy będziesz chciał o tym rozmawiać…

Może warto.

Zauważyłam, że starasz się odciąć od tego etapu, a przecież to był moment, który w jakiś sposób pokazał Cię szerszej publiczności.

To prawda i absolutnie się tego momentu nie wstydzę. Podoba mi się, jak prowadzisz wywiad, bo widzisz przed sobą człowieka, który przeszedł jakąś drogę i jest w tym jakiś cel, że nie chce o tym rozmawiać, nie chce odpowiadać na pytania banalne, w stylu Jak wspominasz?. Wykonałem swoją robotę, starałem się ją wykonać dobrze, przygotowywać się, spotkałem świetnych ludzi, którzy pracowali przy produkcji tego programu. Naprawdę, wtedy najważniejsze było dla mnie jak najlepsze  przygotowanie się do wykonania swojej pracy na jak najwyższym poziomie. To była wspaniała szkoła życia, ale następstwem tego programu były oczekiwania, jakaś krótkotrwała pseudopopularność, bo jak można być popularnym nie pokazując odbiorcy kim jesteś?

Nie jest trochę tak, że byłeś przez chwilę na świeczniku, a potem trzeba było wrócić do rzeczywistości, w której zostałeś sam?

Ja właśnie nigdy tego tak nie pojmowałem i też przez to ludzie mnie odbierali, bądź odbierają jako strasznego snoba, człowieka niepokornego, który nie docenia swojej szansy. To jest szkoła, poznawałem wtedy świat mediów po raz pierwszy. Ale jeżeli wszyscy sobie wmawiają, że ten gość ma otwarte złote drzwi, to uwaga: nie było tak. Jeśli chcemy się dopasować do standardów, to odnajdziemy się w tym świecie. Ja nie chcę. Nigdy nie chciałem, w programie też to podkreślałem i robiłem swoje. Wcale też nikogo nie prosiłem, żeby ten program wygrywać – to już mnie pewnie całkowicie pogrąży, ale mówmy sobie prawdę. Postawiłem sobie w pewnym momencie taki cel w życiu, żeby mówić prawdę sobie, swoim bliskim i odbiorcom. Mówiąc prawdę dalej zajdziemy, a ja chcę zajść dalej, dłużej, chce żyć z tego. Uważam, że nie potrafię robić nic innego w życiu za dobrze, więc muszę robić to – muszę śpiewać i muszę im powiedzieć prawdę. To nie jest tak, że się odcinam. Super, że był ten czas, ale on minął. Dzisiaj mamy inny czas i jeśli rzeczywistość zmusiła mnie na przykład do tego, żeby poszukać innych współpracowników, czy powalczyć o kontrakt płytowy, bądź wytwórnię, którą założyliśmy, to ten czas był potrzebny. Jestem za niego absolutnie wdzięczny. Wiadomo, że popełniłem masę błędów i żałuję pewnych decyzji, ale jestem wdzięczny za tych ludzi, którzy dziś są wokół mnie.

Poszedłeś tam nie znając w ogóle branży. Czy jest duża różnica między tym, jak sobie to wyobrażałeś, a jak faktycznie było?

Nie mogę oceniać branży muzycznej i pracy innych, bo jestem dopiero na początku tej drogi, a w tej branży są ludzie, którzy naprawdę ciężką pracą osiągnęli dużo więcej ode mnie. Chociażby Dawid Podsiadło, który widocznie miał więcej rozumu w głowie, podjął więcej dobrych decyzji i to bardzo w nim podziwiam.

To w sumie ciekawe, że niektórym od razu się udaje, a inni pojawiają się na scenie dopiero po kilku latach.

Wiem, że Dawid robi lepszą muzę i mówię to serio. Doceniam to wszystko, co się dzieje wokół niego, ile on włożył w to pracy, determinacji, jakimi ludźmi się otoczył, jak wyglądają jego koncerty, jaki to jest krok milowy dla całej branży – i pokazał, że da się! Widocznie po prostu zrobił wiele rzeczy lepiej i warto mieć to na uwadze.

Fot. Dominik Malik

Wróćmy już do Twojej płyty. Czy coś Cię zaskoczyło podczas samych nagrań? Musiałeś iść na jakieś kompromisy, coś wyglądało nie tak, jak to sobie wyobrażałeś?

Spełniałem wtedy swoje marzenia, bo pracowałem z ludźmi, z którymi zawsze chciałem pracować i którzy mnie inspirowali. To też nie było tak, że do kogo zadzwoniłem, ten przyjechał do studia i tak, super, robimy to! Jeszcze Ci się dołożę do tego interesu. Nie, absolutnie. Ale faktycznie była grupa ludzi, z którymi chciałem pracować, wiele z tych osób odmówiło, a wiele z nich powiedziało – okej, spotkajmy się. Jeżeli podczas spotkania nasze punkty widzenia, czucia muzy i świata się gdzieś stykały, to lądowaliśmy razem w studiu. Dlatego starałem się jak najwięcej nauczyć i jak najwięcej dać z siebie energii, którą zgromadziłem przez długi czas, bo to było zawsze moje marzenie, żeby się w tym studiu znaleźć i żeby się znaleźć na scenie tak jak teraz. Jestem z tego super zadowolony. Mógłbym tylko pisać lepsze piosenki, ale może kiedyś… (śmiech)

Czemu zdecydowałeś się sam wydać tę płytę?

Bo chciałem być szczery wobec ludzi.

Faktycznie jest tak, że wytwórnie w jakiś sposób ograniczają artystę, narzucają mu coś?

Nie wiem. Wytwórnie są ogólnie super i robią wiele bardzo dobrych rzeczy, tylko widzę, że muszą bardzo uwierzyć w artystę.

Są tacy, którzy mówią, że wytwórnia im coś tam narzuca, ale są też ci, którzy twierdzą, że dostają zupełnie wolną rękę.

No i na to też trzeba sobie zapracować. Zostawiam ocenianie pracy innych, bo powstają wspaniałe płyty – Daria razi sobie świetnie, druga płyta fantastyczna, robią swoje z Michałem. Gadałem z nim o tej płycie i on naprawdę realizował tam swoje marzenia. Dostali budżet i zrobił to, także super. Po prostu trzeba sobie taką pozycję wypracować. Być może ja pewien moment sobie przespałem. Też nie wszystko mogłem i przez długi czas miałem związane ręce lub złych doradców. Minęło trochę czasu, ludzie trochę zapomnieli i mój materiał też jakoś tam się zestarzał, przeleżał, byli inni… Nie każdy też chciał ze mną rozmawiać. Kim ja jestem zresztą, to nie jest tak, że ja sobie pstryknę i wszystkie wytwórnie powiedzą okej, chodź, daj nam, posłuchamy i zdecydujemy. Także nie chcę oceniać pracy innych, staram się wyciągać wnioski ze swojej pracy. Pomysłem na tę pracę było założenie wytwórni. Jest to też jakiś pomysł na przyszłość, na funkcjonowanie, wyznaczanie pewnych reguł, które ja mam w sobie. Ale to też nie jest tak, że jestem sam i decyduję o wszystkim. Mam doświadczonych ludzi wokół siebie, których też muszę posłuchać, ale wiem, że oni to robią dla naszego dobra, tak jak np. Good Taste Production.

Skoro mówisz, że płyta już się trochę przeleżała i przejadła to ta trasa była chyba dobrą okazją, żeby pokazać publice jaki faktycznie teraz jesteś i co czujesz.

Tym bardziej, że zagraliśmy kilka nowych numerów. To jest jakiś krok do przodu dla mnie samego i dla muzyków, takie odświeżenie. Bardzo się cieszę z kontaktu z fanami, zawsze o tym marzyłem. Zagraliśmy 9 koncertów w przeciągu miesiąca, z techniką, którą sami stawiamy, według własnego rideru, a zrobiliśmy to ze znakomitą ekipą Zabdyr Sound&Light. Każde miasto dostało ten sam spektakl. Chcieliśmy zrobić to według własnego planu i udało się! Jest masa ludzi, którzy nam od samego początku zaufali i jestem im potwornie wdzięczny.

Fot. Dominik Malik

Gdybyś dzisiaj miał zacząć tę drogę to poszedłbyś tak samo, czy coś byś pozmieniał?

Nie wiem, bo tak jak mówiłem – to już było i teraz będę konsekwentny. Robię sobie rachunek sumienia, rozliczam się ze swoich błędów, czasami koszmarnych i głupich, ale ja o nich wiem dlatego, że już przeszedłem ten fragment drogi. Nawet na złych doświadczeniach nauczyłem się wielu rzeczy, a przede wszystkim tego, że to ja mam pracować nad sobą i ja mam robić tak, żeby było dobrze. Widocznie jeszcze trzeba przejść pewną drogę aby też nauczyć się tej branży.

Jest coś, co chciałbyś, żeby Twoi fani zabrali dla siebie z tej płyty i Twoich koncertów?

Myślę, że tam wszystko jest, a ten wywiad może być najlepszym streszczeniem mojej drogi jaką przeszedłem, by powiedzieć wszystkim: „Jestem.”

Rozmawiała WERONIKA SZYMAŃSKA

Exit mobile version