
Żywa legenda. To pierwsze określenie, które przyszło mi na myśl po koncercie Jacka White’a w Warszawie. Artysta w ramach trasy promującej najnowsze wydawnictwo Boarding House Reach ogłosił aż 4 występy w Polsce, co nie zdarza się często w przypadku wykonawcy tego formatu. Jeśli nie zdecydowaliście się na żaden z nich- nie popełnijcie tego błędu przy kolejnej okazji wysłuchania White’a na żywo.
Jack White to piosenkarz, tekściarz, kompozytor, multiinstrumentalista- człowiek orkiestra. Moje oczekiwania wobec jego koncertu, nie ukrywam, były bardzo wysokie. Czy czuję się muzycznie zaspokojona? Na 101%!
Supportem w trakcie warszawskiego koncertu był polski zespół Hańba, który zapewnił słuchaczom podróż w czasie do lat 30-tych XX wieku. Tuba i akordeon nastrajały publiczność do występu gwiazdy wieczoru. W niecodziennym, acz intrygującym stylu.
Koncert Jacka rozpoczął numer Over and Over and Over pochodzący z jego najnowszego wydawnictwa. Torwar momentalnie został rozgrzany do czerwoności i atmosfera ta utrzymywała się już do końca wydarzenia. „Who’s with me?!”, czyli kolejna nowość od Amerykanina- Corporation– sprawiła, że nawet osobom na trybunach ciężko było nie przebierać nogami w rytm muzyki. Do jednego ze starszych solowych utworów- Love Interruption– słuchaczy wprowadził fragment utworu Where Did You Sleep Last Night. Wysłuchanie tego coveru w całości będzie odtąd zapewne marzeniem niejednego fana.
Poza piosenkami z solowych wydawnictw Jacka, pojawiły się też te z repertuaru The White Stripes i The Raconteurs. Hotel Yorba, Icky Thump, My Doorbell. To niektóre z klasyków, których nie zabrakło na występie. Publiczność całkowicie oddała się szaleństwu przy Steady As She Goes. Był to zdecydowanie jeden z najlepiej odebranych numerów.
Bez jakiej piosenki ciężko jest wyobrazić sobie występ White’a? Oczywiście nieśmiertelnej Seven Nation Army! To właśnie ten utwór zakończył koncert, robiąc apetyt na więcej i więcej!
Pewne grono osób zraziło się nieco do muzyka po tym, jak do swojego odwiecznego romansu z trio w postaci wokalu, gitary i perkusji, wprowadził elektronikę. Niepotrzebnie. Na koncercie wciąż dominowały brzmienia tych dwóch instrumentów (brzmienia z najwyższej półki!). Dopełniały je klawisze, które świetnie zgrywały się z rockowym, momentami psychodelicznym klimatem występu. A elektronika? Zdecydowanie nie zaburzała brzmienia któregokolwiek utworu. Zgrabnie wkomponowywała się w wydźwięk całości.
Na scenie pojawił się także gość specjalny i nie, nie chodzi o żadnego muzyka. Gościem była bowiem… mama artysty, która z pochodzenia jest Polką, co artysta wyraźnie zaznaczył. 8 października skończyła 88 lat. W związku z tym piosenkarz poprosił publiczność o wspólne zaśpiewanie 100 lat. Był to moment niewątpliwie uroczy, niesamowicie pozytywny.
Pisząc o tym koncercie nie można nie wspomnieć o CAŁKOWITYM zakazie używania telefonów. Amerykanin jest bardzo wrażliwy na tym punkcie, co zaowocowało zamknięciem telefonu każdego fana w specjalnym pokrowcu, tuż po wejściu do obiektu. Ani trochę nie spowolniło to wchodzenia i wychodzenia z Torwaru. Za to publika skupiła się tylko na MUZYCE, a nie zrobieniu idealnego zdjęcia na social media. Znakomity pomysł!
Podsumowując, wtorkowe wydarzenie na Torwarze było zapewne jednym z najlepszych koncertów tego roku w naszym kraju . Jack White to artysta kompletny, perfekcyjny, tworzący swego rodzaju sztukę. Sztukę, która zapewne zostanie niezapomniana przez długie lata. W pełni zasłużenie.
