W kolejny grudniowy poniedziałek – zimny, a zarazem ciepły jak na tę porę roku, mamy dla Was piętnaście porcji muzycznych dźwięków. Swoje piątki prezentują dziś Dominika, Joanna i Jonatan. Mamy nadzieję, że spodobają się również i Wam.
Dominika Konaszewska
One Direction – If I Could Fly
Rudimental feat. Ed Sheeran – Lay It All On Me
Uzależnienie, tak bym nazwała mój związek z Lay It All On Me. Wokal Eda i dźwięki Rudimental świetnie ze sobą współgrają, tworząc wspaniały numer, przy którym po prostu zamykam oczy i daję się porwać muzyce, która mną kołysze. Nieważne, czy ten utwór zacznie grać nagle z głośników w pracy, czy w radio w samochodzie, zawsze staram dać się głośniej i sprawić, by ten lekki i przyjemny bit odbijał się echem w całym moim ciele.
Nina Nesbitt – Selfies
Nina nie zdobyła popularności, na jaką zasługuje. Bliżej znana jest fanom wyżej wymienionego Eda Sheerana, który na swojej ostatniej płycie zamieścił o niej piosenkę, jednak dla szerszej publiczności wciąż pozostaje sferą muzyczną do odkrycia. Selfies jest utworem, który idealnie opisuje teraźniejszy stan social media. Trochę przerażający, ale prawdziwy, wypełniony złudnym szczęściem. Kawałek ze świetnym przesłaniem.
Troye Sivan – Talk Me Down
Muzyczne objawienie, przynajmniej dla mnie i moich uszu. Pewien powiew świeżości, tak bym to nazwała – tym jest dla mnie właśnie muzyka Troye. Talk Me Down zakorzeniło się swoimi skrywanymi emocjami od samego początku, od pierwszego dźwięku. Z pozoru spokojna kompozycja, jednostajna, ale bardzo uczuciowa, co wciąga.
Howling – Signs
Szczerze mówiąc, nigdy nie przepadałam za takim rodzajem muzyki, jednak gdy ktoś opowiada Ci swoją historię i podpiera ją takimi właśnie numerami, zaczynasz rozumieć. Monotonność, narastający niepokój i takie nieprzyjemne ukłucie w sercu – to wszystko można poczuć, gdy słucha się tego utworu. Z jednej strony toksycznie, z drugiej oczyszczająco, jednak obie te strony łączą się ze sobą, przez co w ciągu ostatnich kilku dni nie mogę się oderwać od tego kawałka i całej twórczości Howling, którą serdecznie polecam.
Joanna Gulewicz
Boots – Brooklyn Gamma
Do produktów producenckich zawsze podchodzę ze sporą dozą nieufności. Pojawia się tutaj pewne ryzyko – czy aby na pewno bycie producentem wystarczy, by samemu zabrać się za robienie muzyki? Boots postawił na ryzyko! I słusznie! Krążek Aquaria nie tyle pozytywnie mnie zaskoczył, co okazał się muzycznym objawieniem. Niepokojące, pełne muzycznego napięcia Brooklyn Gamma to elektronika najwyższych lotów – taka, która zostawia cię samego z własnymi demonami i ciemnym, wydającym się gęstnieć wokół ciebie brzmieniem… Rewelacyjna!
Coldplay – Spies
Coldplay zawsze uważałam za jeden z tych zespołów, który mimo prostoty, mylonej często ze swego rodzaju muzyczną naiwnością, coś zmieniał, zostawiał jakąś nieokreśloną tęsknotę, sprawiał że się go zapamiętywało. Ponieważ album A Head Full of Dreams zapamiętania godny nie jest, postanowiłam osłodzić to muzyczne rozczarowanie, zarówno sobie jak i wam, i przywołać dawną, świetlistą jakość Brytyjczyków. Prosty i wyrzekający się zbędnej gmatwaniny dźwięków utwór Spies jest dla mnie przykładem tego, że nie trzeba było szukać aż tak daleko, posiłkować się brzmieniem, które samo nie potrafi określić swojej orientacji muzycznej, zapuszczając się w na poły klubowe, na poły popowe meandry… Dobry pomysł i szczypta prostych, harmonijnych riffów – tylko tyle trzeba, by poruszyć, zaczarować, olśnić słuchacza.
Cradle of Filth – Right Wing Of The Garden Triptych
Hybrydycznemu demonowi symphonic black i gothic metalu – formacji Cradle of Filth w przyszłym roku stuknie ćwierćwiecze! Mawiają niektórzy, że z albumu na album coraz bliżej im do brzuchatych, zgnuśniałych i nie grzeszących pomysłowością panów, niż do jednej z największych gwiazd black metalowego firmamentu. Album Hammer of the Witches całkowicie temu przeczy i przywołuje duchy z nieco już przykurzonej krainy dawnych majstersztyków. Jadowite brzmienie, dynamika i powrót do bardziej pierwotnej, ciemniejszej i znacznie gęstszej stylistyki – taki jest album Hammer of the Witches a kawałek Right Wing Of The Garden Triptych to kwintesencja tego, co w „Kredkach” najbardziej hipnotyzujące i magnetyczne.
The Cure – Where The Birds Always Sing
Dziś nie powiemy jeszcze, że wydarzenie zbliża się wielkimi krokami, jednak nie przeszkadza to rozchodzić się ich donośnemu echu w przestrzeni medialnej! Mowa oczywiście o zbliżającym się koncercie tytanów cold i new wave’u, formacji The Cure, która pojawi się na deskach łódzkiej Atlas Areny. Do wydarzenia pozostał wprawdzie jeszcze niemal rok, ale wszyscy czujemy zniecierpliwienie, o czym świadczy błyskawiczne rozchodzenie się biletów. Dopadło ono także i mnie, w związku z czym nie mogłam odmówić sobie przyjemności odświeżenia w pamięci utworu Where The Birds Always Sing. To absolutna kwintesencja chmurnej, cold wave’owej refleksji, melancholijnego wstrzymania świata, który zastyga, by odbić sie dźwiękiem w naszej nieukojonej myśli.
Pythius – New Order
Na fali niedawnego i ostatniego już Let It Rolla, jakiego organizowała krakowska Fabryka (która niebawem zakończy działalność) wprost nie mogę przestać wymachiwać rękami i skakać w rytm tego wybuchowego kawałka. New Order daje nam wszystko, co najlepsze w neurofunku i drum’n’bassie – dynamikę, mocny rytmiczny beat i szeroką muzyczną przestrzeń, pełną pulsowania i agresji. Drum’n’bass w wyśmienitym, naprawdę tanecznym wydaniu! Zdecydowany dynamit!
Jonatan Paszkiewicz
Felix Jaehn feat. Polina – Book of Love
Felix Jaehn bez wątpienia ma swoje pięć minut. Najpierw było świetne Ain’t Nobody (Loves Me Better), teraz przyszła pora na jeszcze lepsze – moim zdaniem – Book of Love ze zjawiskowym, łagodnym wokalem Poliny Goudievy. Podoba mi się, że ten utwór nie jest przedobrzony. Można to przecież było zaśpiewać mocniej, można było wcisnąć więcej elektroniki. Na szczęście tak się nie stało. Znakomity kawałek.
Rod Stewart – Please
Rod Stewart powrócił z nową płytą po dwóch latach od wydania ostatniej. To niesamowicie płodny muzycznie artysta, a płyta Another Country jest twardym dowodem jego znakomitej formy. Utwór Please był drugim singlem promującym ten krążek i stał się jednym z moich ulubionych. Mnogość instrumentów i charakterystyczny wokal Stewarta naprawdę robią wrażenie.
Lana Del Rey – National Anthem
Szczęśliwym posiadaczem płyty Born to Die Lany Del Rey stałem się dopiero teraz, niemal cztery lata po premierze, i dopiero teraz przesłuchałem ją w całości, od początku do końca. Utwór National Anthem, jeden z moich ulubionych, choć był singlem – nie zyskał większej popularności. Szkoda, bo pomijając fakt doskonałości całego Born to Die, właśnie ta piosenka jest dla mnie absolutnym arcydziełem.
Halina Mlynkova – Zmierzch 2012
Etnoteki – pierwszej solowej płyty Haliny Mlynkovej słuchałem ostatni raz dawno temu, dlatego zaskoczeniem było dla mnie, kiedy znienacka zacząłem nucić sobie jedną z piosenek. Mowa o przepięknej balladzie Zmierzch 2012. Nie wiem skąd wzięła się w mojej głowie, ale cieszę się, że przypomniałem ją sobie w oryginale. Jednocześnie ogromnie ubolewam, że najnowszy singiel wokalistki nijak się ma do twórczości prezentowanej na debiutanckim albumie.
Kayah – Ding Dong
Święta coraz bliżej, to i przyszedł czas na świąteczne piosenki. Stacje radiowe dbają o to – w przeciwieństwie do pogody – żeby świąteczna atmosfera nie zaginęła. Moim polskim, muzycznym typem na ten czas jest piosenka Kayah – Ding Dong – którą wokalistka nagrała specjalnie dla słuchaczy Radia ZET. Polecam – to bardzo pozytywna kompozycja, wspaniale oddająca klimat Świąt.

