Taylor Swift to obecnie największe nazwisko w całej branży, ostatnie albumy zdominowały całą przestrzeń medialną, przekładając się na masowy kult artystki przypieczętowany tytułem najczęściej odtwarzanej wykonawczyni na Spotify w 2023. Miarą sukcesu jest także uznanie krytyków, Rolling Stones nazwało The Eras Tour najlepszą trasą koncertową w historii i trudno nie przystać na to stwierdzenie. Obecnie Taylor Swift wyznacza standardy i reszta rynku muzycznego wydaje się być zawsze krok za nią. Idzie za tym także rewelacyjna marketingowa gra, kiedy Swifties po pozostawianych easter eggach spodziewali się Reputation (Taylor’s Version), Swift przy odbieraniu Grammy w kategorii Najlepszy popowy album wokalny zapowiedziała tegoroczne wydawnictwo – The Tortured Poets Department. Komercyjnie bez wątpienia ten album będzie największym wydarzeniem tego roku, pytanie czy artystycznie mamy do czynienia z płytą, która jest godna mimochodnego już na tym etapie zainteresownia.
To wręcz niesamowite jak Taylor Swift przeszła metamorfozę ze słodkiej blondynki z gitarą akustyczną grającą soft country w Hannah Montana The Movie do największego nazwiska w branży pop. Nie była to jednak droga usłana różami, zaczynając od wszystkim znanego skandalu z Kayne Westem w roli głównej, poprzez nieustającą krytykę co do zawartości albumów, oskarżenia o bycie za bardzo country/za bardzo pop kończąc na wykupieniu jej całego katalogu przez Scootera Brauna. Albumy Red oraz 1989 wyniosły Taylor z hermetycznego światka muzyki country i wprowadziły ją na salony muzyki pop w Stanach oraz dały rozgłos międzynarodowy. Sukces został przypieczętowany wyzwalającym, piętnującym wcześniejszych przeciwników albumem Reputation zbalansowanym późniejszym pastelowo różowym Loverem, poświęconym nowej, z tamtejszej perspektywy, szczęśliwej relacji.
Wraz z nastaniem czasów covidowych Taylor zrobiła krok, który zapewnił jej niepodważalną legendarność. Albumy Folklore i idący wraz z nim Evermore to odważne wprowadzenie na popowe salony indie folku, rejonów, które wcześniej należały do mniejszych nazwisk jak Bon Iver czy The National, którzy wraz ze Swift przenieśli magię swojej niszy na album, który zmienił orientacje gatunkowe całej branży muzycznej i dał przestrzeń dla tego typu brzmień w mainstreamie. Albumy bronią się pod każdym względem, są rewelacyjne w swojej przyziemności i autentyczności, oddając aurę która skłania do przeżywania wydawnictw całym sobą. Midnights, będący powrotem do popowych brzmień, okazał się być solidnym popowym albumem zawierającym kilka genialnych rozwiązań, aczkolwiek zaczęło się wyczuwać przesyt wielkości marketingu nad realną treścią artystyczną. Jasne, rekordowa liczba nagród Grammy, rekordowa sprzedaż, rekordowe odtworzenia na Spotify mówią same za siebie, ale jak na Taylor było to dość przeciętne wydawnictwo.
Zaczynając lekko przedstawiać tegoroczny, jedynasty w karierze Taylor Swift album The Tortured Poets Department trzeba najpierw skupić się na wydarzeniach które są wypadową emocji które przejawiają się w tekstach na albumie. Każdy konsument chociażby wierzchołka góry lodowej informacji plotkarskich jest poinformowany, że Swift spotyka się ze skrzydłowym Kansas City Chiefs Travisem Kelcem, jednakże album krąży wokół wcześniejszych relacji jak sześćcioletniego związku z Joem Alwynem (któremu został poświęcony wspomniany wcześniej album Lover) oraz krótkie situationship z Mattym Healym, wokalistą The 1975, który znany jest ze swoich rasistowskich poglądów. Rzecz jasna, niniejsza relacja przełożyła się następnie na krytykę w stronę Taylor, która w ramach przygaszenia burzy medialnej zaprosiła Ice Spice do remixu hitu Karma, aby przekonać opinię publiczną że otacza się również people of colour.
The Tortured Poets Department to najbardziej personalny album od Swift, teksty są przepełnione Taylor per se, do wręcz pocztówkowej/pamiętnikowej szczerości i detali w warstwie lirycznej. Sama artystka wspominała że pracę nad nim rozpoczęła tuż po zakończeniu Midnights mówiąc że nigdy wcześniej nie czuła tak wielkiej potrzeby napisania albumu. Pełno tutaj reflekcji na temat wcześniej wspomnianych relacji (My Boy Only Breaks His Favorite Toy, But Daddy I Love Him), wydawnictwo wydaje się być brexitem Taylor, która pozostawia za sobą londyńskie życie wraz z zakończeniem relacji (w chociażby So Long, London czy The Black Dog z drugiej części płyty), mamy też lekko tandetne wynurzenia na temat radzenia sobie z odpowiedzialnością bycia osobą publiczną (I Can Do It with a Broken Heart).
Ta kameralność w tekstach nie przekłada się w ogóle na warstwę muzyczną albumu, miło słucha się singlowego Fortnight wraz z gościnnym występem Posta Malone, potem wkracza tytułowe The Tortured Poets Department, w którym czuje echa All Too Well (do tego wątku jeszcze wrócimy) a potem z każdą następną piosenką czuję się jakbym tonął w płaskości mid-tempowych melodii w których aranżacje zlewają się w jedną całość. Miłym oderwaniem jest Florida!!!, jednakże mam wrażenie że to głównie zasługa Florence and the Machine niż samej Swift. Prawdziwym klejnotem tego albumu jest kończące wersję podstawową albumu Clara Bow, prawdziwie kameralna ballada podsumowająca popularny w branży trend ‘zastępowania’ gwiazd innymi – mówienia że jest się podobnym do kogoś ale bez konkretnych przywar w tonie Możesz być nowym zamiennikiem tej kobiety, która zrobiła coś wielkiego przed tobą.
The Tortured Poets Department ma również drugą część zatytułowaną The Anthology, która jeśli zostałaby wydana jako główny album zyskałaby należny jej poklask, ponieważ jest o niebo lepsza niż podstawowa wersja wydawnictwa. Jest tu miejsce na różnorodność, pojawia się nieobecna wcześniej dynamika (jednynym realnie żywym utworem jest tam tylko Florida!!!). The Anthology to miejsce w którym The Tortured Poets Department w jakimkolwiek stopniu się broni, bo podstawowa wersja wieje wręcz niewybaczalną nudą, ponieważ każda piosenka brzmi jak gorsze, b-stockowe All To Well i naprawdę nie rozumiem jak na przestrzeni trzech albumów obecnie największa artystka globu mogła zafundować swoim słuchaczom taki downgrade. Wiadomo że The Tortured Poets Department mimochodem sprzeda się w rekordowych ilościach, że już pobił wszystkie rekordy odtworzeń na Spotify, problem w tym że jest to wynik genialnego marketingu i zainteresowania wykreowanego poprzez poprzednie projekty, ponieważ tegoroczne wydawnictwo jest na warstwie muzycznej najgorszym albumem Taylor od czasów debiutu, który nagrała mając zaledwie 16 lat.
Mam świadomość że z uśmiechem na twarzy włożyłem kij w mrowisko, jednakże aby być w stu procentach sprawiedliwym trzeba przyznać, że The Tortured Poets Department ma też swoje perełki, nad którymi warto się pochylić. Jest to bez wątpienia utwór tytułowy, singlowy Fortnight, świetna Florida!!! czy Clara Bow. Co do The Anthology miło usłyszeć gitarę rodem z początków kariery Taylor w So High School, dźwięki akustyka w diss tracku na Kim Kardashian zatytułowanym thanK you aIMee, trochę folku w The Albatross czy Chloe or Sam or Sophia or Marcus, nawet brzmiący jak większość podstawowej części utwór imgonnagetyouback ma w sobie dynamizm, którego zabrakło prawie w każdej piosence na The Tortured Poets Department. The Anthology, jak sama nazwa wskazuje, wydaje się być zbiorem wszystkiego co najlepsze na poprzednich wydawnictwach Swift i mogę przyznać, że te piosenki pomimo że nie są wybitnie oryginalne, dają przestrzeń do poczucia satysfakcji ze słuchania nowego wydawnictwa od Taylor. Podsumowując, jeśli jakimś cudem nie słuchaliście jeszcze nowej Taylor Swift bądź zraziliście się płaskością i nudą podstawowej wersji, dajcie albumowi szanse zaczynając od The Black Dog, którego intro (może tylko mi) brzmi jak Golden Slumbers z Abbey Road Suite Beatlesów, i tak, to jest komplement.
P.S. Ponieważ mogę wystawić jedynie sumaryczną ocenę chciałbym sprostować że podstawowy album oceniam na 6/10 a The Anthology na mocne 8/10

