Site icon All About Music

Tamar Braxton – Calling All Lovers (2015), recenzja Oli Lis

Minęły niemal 2 lata od ostatnich płyt Tamar Braxton (Love and War i Winter Loversland), nie mogłam się doczekać kolejnej! Where It Hurts to jedna z moich ulubionych piosenek życia, więc poprzeczka została ustawiona wysoko. Ostatnio jest niewiele świeżych pomysłów muzycznych, szczególnie w R&B, więc ciekawa jestem czy Calling All Lovers dokona we mnie muzycznego odrodzenia, czy zawiedzie jak większość produkcji ostatnich miesięcy, a nawet lat.

Przy pierwszym słuchaniu, album nie powala. Jednak już przy 2-5, staje się świetny. Z doświadczenia wiem, że jeśli muzyka podoba się od razu, to zazwyczaj szybko się nudzi. Płyta zaczyna się mieszanką reggae i soulu z tytułowymi linijkami albumu. Angels & Demons to świetny, mocny kawałek, który wciąga od pierwszych dźwięków. Miłość to nie miłość, jeśli nie pozwolisz jej się powalić. Tamar prosi anioły o ochronę jej miłości, żeby obiekt jej uczuć nie uciekł, a więc de facto, żeby została odwzajemniona. Druga piosenka, Catfish, to również drugi singiel płyty. Moim zdaniem propozycja nieco słabsza. Jednym z producentów jest Polow Da Don, który stworzył sample z Nobody Beats The Biz Biza Markiego. Mimo że chyba nigdy nie słyszałam piosenki, aż tak zsamplowanej, to Tamar daje radę, a linijka don’t flex jest bardzo chwytliwa. Udało się nawet połączyć odrobinę smutku z zaczepnością. Kolejny na płycie jest soulowy utwór liźnięty gospelem, Simple Things. Miłość to zwykłe rzeczy, przypomina artystka. Śpiewa o codzienności, ale w ciekawy sposób. Emocje przebijają się poza piosenkę, a w połączeniu z mocnym wokalem utwór porusza do głębi. Monolog pod koniec jest naprawdę zabawny i świetnie oddaje osobowość piosenkarki.

Na płycie jest mnóstwo utworów w średnim tempie i ballad. Moją ulubioną jest chyba King, która jest ostatnim utworem wersji standardowej płyty. Mocny wokal, przejmująca melodia i dobry tekst. Pierwsza piosenka wersji deluxe zdobyła mnie pomysłowym tekstem refrenu: sex over nonsense, seks ponad pierdoły. Piosenka momentami nudnawa, ale refren genialny (także muzycznie!). Let Me Know w duecie z Future to kolejna dobra propozycja, niestety znajdująca się jedynie w edycji Walmartu. Gdy kogoś kochasz, to się nie puszczasz jest głównym przesłaniem, Tamar zachwyca skalą głosu i wysokimi nutami w tle. Trochę podobna tematycznie i muzycznie jest Makin’ Love, piosenka, która powinna spodobać się fanom Tamar Braxton. Jest odrobinę szybsza od większości i mimo powielania utartych tekstów w muzyce popularnej, I want you in the worst way, I love a man who knows how to work me, brzmi z jakiegoś powodu bardziej świeżo, niż w innych piosenkach.

Broken Record i Circles to czysty mocny wokal, bez żadnych sztuczek, a druga z tych pozycji to piękna dynamiczna ballada. Love It to mieszanka muzyki elektronicznej i r&b, jest energiczna i mimo kolejnego powielanego tekstu, Tamar porusza się po wesołych nutach, dzięki czemu mam przed oczami jakieś słoneczne tropikalne miejsce, np. Barbados. Singiel If I Don’t Have You ma lekki refren i przenosi nas w lata 90-te, dobrze się go słucha, ale nie wzrusza ani nie bawi.

Na płycie znajdują się też słabsze propozycje. Must Be Good To You to jakieś totalne nieporozumienie, nie pasuje do reszty płyty, nie przełamuje jej w ciekawy sposób, jest tak nijakie, że nie wiem czy zasnąć, czy przełączyć. Nie pomaga fakt, że nie jestem fanką funku. Raise The Bar jest po prostu straszliwie nudne, ale niektórzy mogą ją uznać za seksowną albo idealną do łóżka. Słaby jest też drugi bonus track Walmartu, A.S.A.P.. Myślę, że miała być to lekka, energiczna piosenka bez głębi, tymczasem jest dość męcząca.

Calling All Lovers to fajna płyta, chociaż nie przełomowa. Nie ma na niej tyle R&B ile się spodziewałam, ale i tak dobrze się jej słucha. Kolejność piosenek wydaje się być przypadkowa. Utwory nie przechodzą płynnie, ani pod względem muzycznym, ani tekstowym. Na płycie jest za dużo ballad i miałkich piosenek. Następnym razem Tamar mogłaby jednak ruszyć się do studia, bo komfort własnego łóżka chyba wpłynął na dość leniwie stworzoną płytę. Chciałabym jednak zakończyć pozytywnym akcentem – 9 z 18 propozycji niezmiernie mi się spodobało. Gdyby więc album okroić z 3 najsłabszych ogniw i kilku średnich, już można byłoby go nazwać bardzo dobrym.

Exit mobile version