Co prawda walentynkowy czar już dawno przeminął, tak aura romansu nadal jest wyczuwalna w powietrzu. Jest to możliwe dzięki Red Moon In Venus – najnowszemu albumowi autorstwa niezastąpionej Kali Uchis. Jeśli poszukujecie melodii, które cudownie upiększą Waszą namiętną codzienność, nie mogliście trafić na nic lepszego.
Kali Uchis jest jedną z moich najukochańszych artystek, a to ze względu na jej nieodparty urok oraz oryginalny styl. Kiedy pierwszy raz wsłuchałem się w dźwięki Sin Miedo, nie miałem wątpliwości, że doświadczam czegoś niebanalnego. Tak minęło dwa i pół roku, nie wyczekując szczególnie nadejścia Red Moon In Venus, bo i po co, skoro poprzedni album nieustająco mnie cieszył. Niemniej, wraz I Wish You Roses i Moonlight ekscytacja wzrosła, choć nie na tyle, aby skakać pod same niebiosa. Być może to wina tego, że wiedziałem czego mogę się realnie po Uchis spodziewać. Tym sposobem w dniu premiery moje przypuszczenia się sprawdziły.
Red Moon In Venus stanowi kwintesencję wszystkiego co romantyczne, snując rozważania o różnorodnych aspektach miłości. Kali Uchis sprawiła, że jej kompozycje są niczym hymny do wspomnianego uczucia, a łączącym ich symbolem tytułowy czerwony księżyc w Wenus. Po niemalże dekadzie twórczych poszukiwań, Uchis zdaje się odnaleźć swoją prawdziwą naturę, będąc postmodernistyczną emanacją bogini miłości. Choć do tej pory temat ten dość często przewijał się w jej muzyce, nie była w tym tak delikatna, a jednocześnie silna swoją subtelnością. Analizując jednak to dzieło zimny okiem bezdusznego recenzenta, odczuwam pewien niedosyt.
Red Moon In Venus to niezwykle kompetentnie napisany album i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Aczkolwiek mam poczucie, że Kali Uchis stłumiła w sobie chęć zabawy ze swoimi piosenkami. To właśnie eksperyment i łączenie różnorodnych motywów muzycznych czyniło Sin Miedo oraz Isolation niebywale oryginalnym. W porównaniu z nimi, Red Moon In Venus wydaje się być bardzo sterylny, pragnąc osiągnąć niemalże boską perfekcję. Oczekiwałem od Uchis zdecydowanie większej różnorodności melodycznej, która by jeszcze lepiej współgrała z liryczną stroną tego albumu. Nie zmienia to jednak faktu, że to album naprawdę godny pochwały, choć ukierunkowany na jeden konkretny nastrój.
Uchis nie dokonała volty, pozostając wierną swoim muzycznym inspiracjom. Sensualny mariaż hip-hopu, soulu, jazzu oraz wszystkiego co latynoskie, który tym razem okraszony został elektronicznymi dźwiękami inspirowanymi przełomem lat 80. i 90. XX wieku. Lirycznie Kali również nie zawodzi, cudownie pisząc o różnorodnych obliczach tego najsilniejszego ludzkiego uczucia. Myślę, że spokojnie można umiejscowić Uchis wśród współczesnych mistrzów słowa. Tak jak wspomniałem, produkcja Red Moon In Venus jest wyśmienita, w niesamowity sposób budując atmosferę wręcz utopijnego raju pełnego miłosnych doświadczeń. Jedynie czego mi zabrakło to poznanie kolejnego muzycznego oblicza Kali Uchis.
Ze względu na niemalże przesadną spójność Red Moon In Venus, trudno mi było wyróżnić jego realnie mocne i słabe strony. Zdecydowanymi plusami są wspomniane już single. I Wish You Roses natychmiast zapadło mi w pamięć, w przeciwieństwie do Moonlight, choć i ten w końcu zacząłem nucić sobie pod nosem. Nie zmienia to jednak tego, że obie te piosenki idealnie sprawdzają się w roli singli. Pozytywnym zaskoczeniem było Fantasy, które dodało trochę dynamiki całemu krążkowi. Ciekawą kompozycją jest też Endlessly, brzmiąc niczym melodia z niezwykle sensualnej reklamy bliżej nieokreślonego gazowanego napoju z końcówki lat 80. Na ciepłe słowa zasługują też utwory Moral Conscience oraz All Mine, sprawiając mi naprawdę dużo przyjemności podczas ich słuchania.
Red Moon In Venus to z pewnością wyjątkowy kawałek muzyki, niemalże czarując swojego słuchacza. Kali Uchis udowodniła, że ma ogromny talent i umiejętności, dzięki czemu jej muzyka staje się konsekwentnie co raz to lepsza. Już nie mogę się doczekać, aby słuchać tego albumu podczas upojnych, letnich wieczorów. Być może wtedy go w pełni docenię, bo po prostu na to zasługuje.
