Site icon All About Music

All About Music na Sziget Festival 2015. Relacja Kacpra Rogalewskiego – dzień 3. i 4.

Czas na relację z kolejnych dwóch dni na Sziget Festival 2015. A tu na scenie m.in. Ellie Goulding, Ella Eyre, The Script, Alt-J czy Interpol.

DZIEŃ III 

Po wyjątkowo emocjonującym rozbiegu przyszedł czas na rozpoczęcie oficjalnej części festiwalu. Bowiem 12 sierpnia organizatorzy oddali do dyspozycji festiwalowiczom brakujące punkty atrakcji, a zabawa zaczęła się na dobre. Wszyscy z niecierpliwością czekali na kolejną dawkę elektryzującej imprezy. Wówczas pogoda nieustannie rozpieszczała nawet najbardziej wymagającego gościa.

GOGOL BORDELLO

Prawdziwa euforia na wyspie wolności. Klimaty zespołu bez wątpienia pasują do upodobań festiwalowiczów przez co Gogol Bordello nie musieli wiele pracować na atencję widownii. Osobiście nie jestem fanem tej kapeli, ale także nie ujmuję dokonaniom tych muzyków. Przyznam się bez bicia, że ich koncert był bardzo przyjemny doświadczeniem.

THE SCRIPT 

Cała twórczość tego zespołu jest dla mnie niesamowicie wątpliwa. Żaden utwór stworzony przez The Script do mnie nie trafia. Jak dla mnie wszystkie dokonania tej kapeli są bardzo przeciętne. Jednak ich koncert był na pewno bardzo przebojowy. Dany czyli wokalista zespołu od samego początku rozmawiał z publicznością. Odczułem, że sami muzycy czerpią ogromną radość z obecności na festiwalowej scenie. Nie zabrakło też największych hitów zespołu takich jak Superheroes czy Hall Of Fame. Na pewno nigdy nie przykuje większej uwagi do tego typu muzyki. Jednak muszę przyznać, że ich koncert był nawet przyjemny. Idealny na krótki odpoczynek na festiwalowej trawie.

ALT-J

Chyba wszystkich zaskoczył fakt jak szybko zespół Alt-J trafił na samą górę festiwalowych plakatów. Ich popularność bowiem wzrosła w kosmicznym tempie. Co mnie kompletnie nie dziwi, bo jestem ogromny fanem samego zespołu. Jednak ten koncert otworzył mi trochę oczy. Wielkie stadiony nie są dla zespołu Alt-J. Tak samo jak sloty headlinerskie czy nawet sceny główne poszczególnych festiwali. Oni po prostu nie brzmią dobrze w tego typu miejscach. Widać, że muzycy sami są momentami skrępowani swoją obecnością na tak wielkiej scenie. Koncert na Szigecie nie był zły. Usłyszeliśmy dokładnie tą samą setlistę jak cały świat. Muzyka budziła jakiś zachwyt jednak odczułem, że to nie było wszystko co ten zespół może pokazać. A szkoda bo na A38 Stage sprawdzili by się perfekcyjnie.

TYLER, THE CREATOR

Byłem ogromnie podekscytowany na samą myśl o tym koncercie. Tyler bowiem był jednym z niewielu reprezentantów sceny hip-hopowej podczas tegorocznej edycji. Do tego jego płyta jest na ekstremalnie wysokim poziomie. Jednak się przeliczyłem. Jednym słowem ten koncert był jednym wielkim chaosem. Tyler robił bardzo długie przerwy pomiędzy utworami, które i tak trwały maksymalnie po 2 minuty. Poza tym bardzo ciężko było się doszukać głosu głównej gwiazdy, gdyż muzyka zagłuszała jego świta wsparcia. Ostatecznie koncert zamiast rodzić zachwyt, przyprawiał o ból głowy.

SBTRKT

Dzień trzeci zamknął bardzo długo oczekiwany przeze mnie atrysta czyli SBTRKT. Występ zaczął się z małym niesmakiem, ponieważ muzycy spóźnili się aż 15 minut. Na szczęście, gdy w końcu zabrzmiała muzyka chyba każdy zapomniał o tej niewielkiej kontrowersji. Dźwięki obroniły się same. Każdy utwór przygotowany był w bardzo ciekawych i inspirujących aranżacjach. Dzięki temu miałem poczucie poświęcenia Aarona Jerome’a. Wisieńką na torcie zdecydowanie okazał się głos niesamowitego wokalisty czyli Sampha’y. Nie myślałem, że jego śpiew może brzmieć jeszcze niezwyklej. A jednak tak się stało. Idealnym świadectwem dobrego koncertu jest fakt, że pomimo późnej godziny chyba nikt nie czuł zmęczenia. Uczta dla wszystkich fanów tego typu muzyki.

DZIEŃ IV 

THE MACCABEES

Twórcy jednego z najbardziej zachwalanych albumów bieżącego roku. Ciekawy byłem jak panowie poradzą sobie z najnowszym wydawnictwem w wersji koncertowej oraz z ogromną presją. Poza tym na ich drodze stanęł także żar płynący z nieba. Wydawałoby się, że The Maccabees są skazani na klęskę. Ku mojej radości koncert wyszedł na prawdę świetnie. Widać, że zespół powrócił do nas ze zdwojoną siłą. Muzycy trochę bardziej dorośli do bycia na scenie co ewidentnie można odczuć w jakości koncertu. Chyba nikt nie ma teraz wątpliwości, że rockamani z Londynu wiedzą do czego służy gitara i perkusja. Wielkie brawa dla chłopaków. Trzymam kciuki, żeby teraz pnęli się już tylko wyżej bo na pewno na to zasługują.

THE TING TINGS

Przyznam szczerze, że koncert zespołu The Ting Tings to kolejne ogromne zaskoczenie w mojej festiwalowej historii. A wszystko to za sprawą całej koncepcji na której opierał się występ kapeli. Bowiem występ składał się z wielu części m.in. zespół zaprezentował swoje standardowe kompozycje oraz autorskie sety didżejskie. Zdaje sobie sprawę z tego jak absurdalnie to brzmi. Jednak w przypadku The Ting Tings to wszystko urosło do rangi na prawdę świetnego show. Muzycy bowiem bardzo dobrze wpasowali się w klimat samego festiwalu jak i oczekiwań publiczności. Być może nie było to wybitne przedstawienie. Aczkolwiek kto powiedział, że ta kwestia jest niezbędna do zbudowania niesamowitej atmosfery. Zespół grając swoje najlepsze utwory porwali publiczność, która była niesamowicie spragniona zabawy. Był to bardzo porywający koncert. Muzyka, którą zaprezentował zespół była ogromnie rozrywką dla wszystkich festiwalowiczów. A chyba o to właśnie chodzi na każdym festiwalu żeby się po prostu dobrze bawić.

ELLA EYRE

Ella pomimo swojego młodego wieku jest już prawdziwą divą. Nie wiem jak to jest możliwe w tak krótkim czasie, ale ta artystka jest w stanie poryszać miliony. Ella ma w sobie ogromną charyzmę sceniczną oraz zwyczajną przebojowość. W dosłownie kilka sekundy cały namiot tańczył w rytm każdego hitu tej artystki. Nie było chyba osoby niezauroczonej w tej młodej piosenkarce. A do tego wszystkiego Ella zaprezentowała publiczności bardzo dobrze i starannie ułożoną setlistę.

Nie ma chyba słów jak ogromnie szalony koncert zagrała ta duńska artystka podczas Sziget Festiwalu 2015. Na występach MØ po prostu nie da sie nudzić. Jej osobowość i kreatywność wręcz poraża każdego pod sceną. To było istne szaleństwo. Każda piosenka tej artystki momentalnie pobudzała wszystkich do szaleńczego tańca. Ponadto piosenkarka nawet na moment nie przestała śpiewać czysto. Mój podziw wzbudziły także świetnie przygotowane iluminacje. Jedna wielka impreza stworzona od A do Z.

ELLIE GOULDING

Strasznie ciekawy byłem tego występu. Wiedziałem, że Ellie ma na prawdę wspaniały głos, którym potrafi operować. Co też się sprawdziło. Jednak czekałem na coś więcej. Teraz po całym tygodniu wrażeń mogę powiedzieć, że był to zadowalający koncert. Ellie może nie jest tak charyzmatyczna jak choćby Florence Welch czy Ella Eyre jednak ma ona coś w sobie. Widać, że wielkie przemowy do zgromadzonych fanów to kompletnie nie jej bajka. Ona po prostu woli skupić się na najważniejszym zdaniu. Co owocuję później świetnym przedstawieniem. Wydaje mi się, że Ellie była wzruszona reakcją wszystkich festiwalowiczów na jej muzykę. Czułem, że ten koncert daje jej ogromną siłe satysfakcji jak i zwykłą przyjemność. Dzięki temu z minuty na minutę, artystka coraz bardziej otwierała się na publiczność. Ostatecznie otrzymaliśmy wspaniałe popowe przyjęcie wypełnione samymi dobrymi kompozycjami. Brawa należą się zarówno za ruchy sceniczne, które wręcz paraliżowały.

INTERPOL

Zdecydowanie nie mam szczęścia do koncertów tego zespołu. Uwielbiam Interpol od wielu lat, ale niestety tylko w wersji studyjnej. Kompletnie nie potrafię przekonać się do występów tej kapeli. Wydaje mi się, że ci muzycy po prostu nie są w stanie sprostać swojej własnej energii. Po raz kolejny ich koncert okazał się bardzo mdły. Miałem wrażenie, że panowie z Nowego Jorku nie mają poczucia jak zachowywać się na scenie. To nawet nie był prawdziwy występ. Po prostu odegrali oni standardową setlistę pozostawiajać publiczność w lekkim zakłopotaniu. Ogromna szkoda. Pozostaje słuchać muzyki Interpol w domowym zaciszu.

Exit mobile version