Site icon All About Music

Szczęśliwa trzynastka* Madonny, czyli krótki przewodnik po jej niepopularnych kompozycjach. Felieton Christiana Cieślaka

Sześćdziesiąt lat na karku, prawie czterdzieści od pierwszej rozbieranej sesji zdjęciowej, trzydzieści pięć od wydania debiutanckiego krążka, dwadzieścia sześć od książki „Sex”, trzynaście od Confessions on a Dance Floor i sześć od występu podczas Super Bowl. To, co próbowały zrobić inne wokalistki muzyki pop, kompletnie nie umywa się do tego, co zrobiła Madonna w ciągu swojej dotychczasowej, choć długiej, artystycznej egzystencji. Abstrahując jednak od otoczki skandalistki, Madonna to ponad wszelaką wątpliwość Królowa Popu, a na jej dyskografię składa się całkiem pokaźna kolekcja przebojów, zarówno tych znanych, jak i tych nieco mniej. Jaka jest mniej znane muzyczne oblicze Madonny, biorąc uwagę jej trzynaście studyjnych albumów oraz sześć kompilacji? Oto moja dość długa odpowiedź…

Zacznę swoje rozważania dość klasycznie, bo od pierwszego muzycznego wcielenia Madonny, które zostało nazwane Madonna, po prostu. Muszę przyznać, że jest to jeden z moich trzech najbardziej ukochanych krążków w jej wykonaniu. Album jest bardzo energetyczny, radosny oraz żywiołowy, i co chyba w nim najlepsze, fantastycznie oddaje styl i klimat lat 80. Jeśli macie czas i chęć, posłuchajcie go od początku do końca, bo śmiem twierdzić, że jest najlepszym w wykonaniu Madonny we wspomnianych już latach 80. Na największe brawa według mnie zasługuje piosenka Burning Up, zarówno w wersji pierwotnej, jak i tej, która pojawiła się na wznowionym wydaniu tego krążka.

Następny w kolejce jest Like A Virgin, który muszę przyznać, zupełnie nie umywa się do swojego poprzednika. I choć znajdują się na nim przeboje, które sprawiły, że Madonna stała się TĄ Madonną, to jednak jako całość nie specjalnie mnie do siebie przekonuje. Godną polecenia jest ballada Love Don’t Live Here Anymore, która jest co prawda coverem, jednak pokazała ówcześnie zupełnie inną stronę Królowej, bardziej delikatną i subtelną, niż dziko tańczącą na scenie.

True Blue zaproponowało słuchaczom coś kompletnie odmiennego od tego, do czego byli jak do tej pory przyzwyczajeni. Madonna ponownie rzuciła w naszą stronę muzyką do tańca, jednak zdaje się być dojrzalsza w tym, co poprzez te pląsy chce nam przekazać. Najlepsze, tak jak w przypadku Like A Virgin, są single, a w szczególności Live To Tell, które wyróżnia się swoją mroczną i pompatyczną oprawą muzyczną oraz tekstem poruszającym tematykę lojalności i dojrzałości.

O You Can Dance nie musimy wspominać, bo poza przeciętnym Spotlight nie wniósł niczego nowego do muzyki Madonny.

Like A Prayer uważany jest przez wielu za jeden z najlepszych albumów Madonny w XX wieku, jednak ja nie mogę się z tym zgodzić. Co prawda jest dobry na solidną „8”, jednak nie na tyle, by trafiać do książki „1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej”, przynajmniej wg mnie. Uwielbiam słuchać Love Song, bo paradoksalnie bardzo pasuje do Madonny, choć ewidentnie jest wizją Prince’a na to jak powinna brzmieć Królowa. Świetnie bawię się też przy Till Death Do Us Apart, jednak to Promise To Try jest kolejnym dowodem na to, że Madonna jednak ma coś więcej do powiedzenia, niż „wstąp w ten rytm”.

https://www.youtube.com/watch?v=ycIAYJwwPHU

The Immaculate Collection to bardzo śmiały tytuł jak na kompilację najlepszych utworów wokalistki, która śpiewa od zaledwie siedmiu lat. Tym bardziej nie dziwi fakt, że krążek stał się jednym z najlepiej sprzedających się tego rodzaju albumów w historii muzyki. I choć poza znanymi wcześniej, choć nie umieszczonymi na pełnoprawnych studyjnych albumach Madonny, jak Crazy for You, czy Vogue, The Immaculate Collection dał nam przedsmak kolejnego muzycznego kroku Królowej Madonny pod postacią Justify My Love oraz Rescue Me.

Przyszedł w końcu czas na piątą część tej muzycznej epopei, czyli krążek Erotica. Może to was zdziwić, ale kocham ten album i to właśnie jego uważam za jej najlepszy w dyskografii Madonny w XX wieku. Tak jak w przypadku debiutu z 1983 roku, Erotica zamknęła w swych czternastu kompozycjach całą esencję wczesnych lat 90, czyniąc z nich czas seksualnej wolności oraz nocnych klubów, gdzie dudni w głośnikach muzyka house. Polecam od początku do samiuśkiego końca, a w szczególności tajemnicze Words, spokojne Rain oraz liryczne Secret Garden.

Bedtime Stories to w istocie druga część albumu Erotica, jednak jest zdecydowanie mniej wyuzdana i bardziej sensualna, niż seksualna. Na wspomnienie zasługuje Survival, ale na najprawdziwsze brawa zasługuje I’d Rather Be Your Lover, które, o czym nie można zapomnieć, pierwotnie miało być duetem z 2Pac’iem, więc tym bardziej warto się z nim zapoznać.

W międzyczasie światło dzienne ujrzało Something To Remember, które było w pełni poświęcone spokojniejszemu obliczu Madonny. Zresztą nie ma się czemu dziwić, po prawie pięciu latach nieustannego szokowania publiczności, każdemu może się to z czasem znudzić. Spośród znanych już wcześniej kompozycji, nowością był cover I Want You, który powstał we współpracy z brytyjskimi mistrzami trip hopu, czyli Massive Attack, ponownie stając się swoistym zwiastunem tego, co Królowa zamierzała zrobić ze swoją muzyczną karierą w następnych latach.

Mowa tu oczywiście o Ray of Light, które pozwoliło Madonnie wrócić do po prostu tworzenia dobrej muzyki. Tak jak Like A Prayer, album znalazł się w książce „1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej”, co wydaje mi się już bardziej zasłużonym osiągnięciem, niż w przypadku tego pierwszego. Nie mogę nie docenić jego wodnej stylistyki oraz ambientowo-popowych brzmień, które zostały powszechnie docenione zarówno przez publiczność, jak i krytyków. Mój ulubieniec pośród niesinglowych przebojów to Skin oraz Shanti / Ashtangi, a w szczególności To Have And Not To Hold.

Zanim jeszcze przejdziemy do kolejnego wcielenia Królowej, to nie mogę nie wspomnieć o fantastycznym kawałku Beautiful Stranger pochodzącego ze ścieżki dźwiękowej do filmu „Austin Powers: The Spy Who Shagged Me”. Piosenka jest tak dziwna, że aż trudno mi wskazać drugą do niej podobną. Prawdziwa psychodeliczna perełka.

Nowe milenium, nowa Madonna. Music to po raz kolejny zupełnie inne dzieło, niż do tej pory gwiazda oferowała swoim wiernym słuchaczom. Mamy tu do czynienia na wpół z inspiracjami Ray of Light, na wpół country, a to wszystko podlane tanecznym sosem. I to właśnie na Music znalazła się moim zdaniem najlepsza kompozycja Madonny wszechczasów, czyli What It Feels Like For A Girl, oczywiście w swej oryginalnej, a nie teledyskowej wersji. Piosenka chyba jest jedynym utworem, który tak otwarcie mówi o tym jak to jest być kobietą we współczesnym świecie, gdzie wobec niej stanowionych jest wiele zakazów i nakazów, formułowanych głównie przez mężczyzn. Skąd inąd, utwór ten pokazuje czego Madonna nie zrobiła jako artystka, co tym samym to doprowadziło ją tam, gdzie jest dziś.

GHV2 nie miało nic nowego do zaoferowania, American Life może lepiej pomińmy, na Remixed & Revisited znalazł się pamiętny występ z pocałunkiem, a Confessions już opisałem, choć muszę teraz przyznać, że fantastyczne jest w pełni i nie trzeba dzielić go na dwie osobne części, co też trudno zrobić, ze względu na swoją konstrukcję.

Hard Candy w dosłownym tłumaczeniu swojego tytułu niestety, ale rzeczywiście jest twardym cukierkiem do zagryzienia. Jako całość jest co najwyżej średnie i równie średnio porywające, bo nic do 4 Minutes niestety nawet nie może startować, choć poza wspomnianym duetem z Justinem Timberlake’iem, i tu znalazłem coś dla siebie. Bardzo szanuję i uwielbiam Beat Goes On, które w fragmentach zostało użyte w koncertowym filmiku pod tytułem Get Stupid, nie rzadko szaleję przy Spanish Lesson oraz lekko podskakuję przy dość zabawnym Incredible.

Co do MDNA mam podobne odczucia, co w przypadku jego poprzednika z 2008 roku. Niby jest wszystko w porządku, a nawet William Orbit, znany choćby za stworzenie Ray of Light, wrócił za konsoletę, ale jednak album ten jest w mniejszej połowie… niezamierzenie kiczowaty? Nawet nie potrafię tego dokładnie nazwać, co reprezentują sobie takie piosenki jak Some Girls, Superstar czy Love Spent, a to już o czymś świadczy. Co do plusów, to wręcz kocham bardzo filmowy Gang Bang, a I’m A Sinner tylko lubię.

I na koniec, póki co, Rebel Heart, który tak naprawdę był moim pierwszym w pełni przesłuchanym krążkiem Madonny i praktycznie w całości, poza jednym przebojem o którego istnieniu ciągle zapominałem, mnie kupił. Uwielbiam go za swoją kombinację klimatu i tekstów rodem z albumu Erotica oraz bardzo tanecznej i nowoczesnej oprawy muzycznej. Best NightHoly Water to duet wprost fantastyczny, gdzie ten pierwszy to tylko lekko erotyczny wstęp do tańca na róże w rytmie tego drugiego. Dodatkowo mogę również pochwalić Veni Vidi Vici za swoją biograficzny tekst oraz Illuminati, za totalnie odjechaną w kosmos i poza niego melodię.

I to by było na tyle. Madonna już zawsze będzie dla mnie jednym z największych autorytetów, zarówno muzycznych, jak i tych czysto ludzkich. Myślę, że mój tekst nawet nie zostanie zauważony przez Królową, choć kto wie, ale i tak życzę jej co raz to ciekawszych wcieleń i utrzymania się na tronie największej wokalistki pop wszechczasów już do końca świata. Jeśli uważacie, że w moim zestawieniu brakuje jakiegoś „mniej popularnego” przeboju, to nie wahajcie i napiszcie w komentarzach którego. Tymczasem idę świętować w rytm piosenek Madonny!

Exit mobile version