Site icon All About Music

Nie, nie robię sobie jaj – szczerze podziwiam Justina Biebera. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Justin Bieber to wokalista, którego nigdy nie polubię. Celowo nie nazwałem go „artystą”, ponieważ nie uważam, że nim jest. Chłopak stworzony przez korporacyjne głowy i traktowany jako produkt do zarabiania grubych milionów nigdy nie zasłuży w moich oczach na nazwanie go właśnie „artystą”. Ten termin jest zarezerwowany dla trochę innych przedstawicieli muzyki. I mimo, że nigdy nie kupię jego płyty, nigdy nie pójdę na jego koncert oraz nigdy nie odtworzę jego klipu na Youtube (chyba, że dla hecy), to szczerze go podziwiam za jedną rzecz.

Za to, że żyje.

Nie mam wątpliwości, że wszelakim gwiazdom, w tym także ze świata muzyki, kiedyś żyło się lepiej. Brak Internetu sprawiał, że fala krytyki mogła je zalać jedynie od strony mediów. Fajne było to, że owa krytyka miała jednak jakieś podstawy. Nikt nie nazwał kogoś kijowym artystą „od tak” – dany krytyk musiał przedstawić jakieś merytoryczne argumenty, by jego opinia została w ogóle wydana przez szefostwo. Dzisiaj recenzje najnowszej płyty Iron Maiden może napisać każdy. To samo tyczy się krążków Rihanny, Ellie Goulding czy One Direction. I mimo, że gdyby nie Internet to prawdopodobnie nigdy nie udałoby mi się zacząć publikować swoich tekstów w ogólnopolskim medium, jakim jest All About Music, to uważam, że sieć bardziej szkodzi artystom niż im pomaga.

Zwłaszcza pod względem ich psychiki.

Pamiętam, jak w zeszłym roku rozpoczynałem swoją przygodę felietonisty na naszym portalu. Byłem pod tym względem debiutantem, gdyż nigdy wcześniej (poza trzema czy czterema tekstami na prowizorycznym blogu) nie pisałem czysto subiektywnych artykułów. Jest to trudne, bo tego rodzaju publicystyka wiąże się z większą podatnością na krytykę i hejty ze strony odbiorców. Bo, jak to powiedział kiedyś w jednym z wywiadów James Blunt, opinia jest jak odbyt – każdy ma swój własny.

Gdy pod moimi felietonami zaczęły pojawiać się komentarze bez konstruktywnej krytyki, czyli typowe hejty, to nie ukrywam, że zaczęło mnie to stresować. Jestem osobą dosyć wrażliwą i w dodatku za bardzo wszystkim się przejmującą. Nie podkoloryzuję teraz tamtych sytuacji i nie napiszę, że nie mogłem przez to jeść i spać, ale było to dla mnie dosyć niekomfortowe. Czułem się źle, bo wiedziałem, że komuś mój tekst, nad którym pracowałem jakiś czas, się nie spodobał. Dziś podchodzę już do tego z o wiele większym luzem. Przyzwyczaiłem się do bycia felietonistą i wszelaka krytyka spływa po mnie zdecydowanie szybciej, niż jeszcze pół roku temu.

Ale ja to ja – jestem jedynie dziennikarzem, który publikuje teksty czytane i krytykowane w 99,9% przez ludzi z Polski. A co ma powiedzieć Justin Bieber? Koleś od ponad pięciu lat, dzień w dzień, może znaleźć w sieci wpisy że jest ciotą, ch*jem, idiotą na serwerach z całego globu. Na swoich własnych oczach widział powstające fanpage typu „Boże, zabierz Justina Biebera i oddaj nam Kurta Cobaina”. Ludzie w postach codziennie życzą mu śmierci. W sumie to nie jest takie strasznie, bo ja sam jakiś czas temu znalazłem na Twitterze gif z wybuchającą głową i podpisem użytkownika chciałbym, żeby to się stało z głową tego Koziołkiewicza (to była sytuacja ze stycznia, kiedy w felietonie konstruktywnie skrytykowałem malutką część publiczności na warszawskim koncercie Gerarda Waya, po czym, nie wiem do końca dlaczego, jego polski fandom zaczął w komentarzach mieszać mnie z błotem i wyzywać m.in od szowinistów. Osoby te mimo wszystko pozdrawiam). Ale żarty przechodzą na bok, gdy tego typu błahostki zamieniają się w realne pogróżki. A jestem pewien, że nieco ponad dwudziestoletni Bieber, otrzymał ich w trakcie swojej kariery minimum dziesięć. Albo sto.

Dlatego zawsze będę powtarzał, że aby zostać gwiazdą muzyki, nie trzeba jedynie dobrze śpiewać. To można obejść bez żadnego problemu (przykład Katy Perry). Podstawą w tym biznesie jest twarda jak skała psychika. Czy Justin ją posiada?

Nie wiem.

Ale skoro nie popełnił jeszcze samobójstwa, to śmiem twierdzić, że tak.

Exit mobile version