Święta, święta i po świętach… no może nie do końca – piszę ten tekst w Drugi Dzień Świąt. Łatwo go poznać, gdyż jedzenia serwowanego przez mamę i babcię jest coraz mniej, brzuch – co chyba oczywiste – jest coraz większy, a w telewizji koncerty z kolędami i filmy świąteczne zastępują regularne produkcje, które, równie dobrze, mogłyby pojawić się w każdym innym dniu. Dziś, w sobotę 27 grudnia, święta 2014 roku są już tylko historią. Nieważne, czy wspominacie je dobrze, czy źle – na następne musicie poczekać prawie rok.
Czas świąt to wspaniały okres – mogę się wtedy spotkać z całą swoją rodziną, co nie jest takie proste przez resztę roku. Fajnie jest móc pogadać z kuzynami, których widzi się rzadziej niż księdza na Mszy Świętej, a i tak – jak mam być szczery – w Kościele mnie praktycznie nie ma. Lubię ten moment, gdy wszyscy zasiadają do stołu i zaczynają tradycyjne rozmowy o „dupie maryni”. Nie przeczę – jest to w niektórych momentach bardzo irytujące, ale ma to też swój urok. Klasyczne pytania, jakie były mi zadawane to: Jak tam studia? Czy z Magdą (moją dziewczyną) wszystko w porządku? Radzisz sobie tam w Krakowie? I tak dalej, i tak dalej. Jeszcze dwa, trzy lata temu, takie rozmowy mnie cholernie wkurzały. Myślałem: jak można nie pamiętać, do której klasy liceum chodzę? Teraz, gdy jestem już trochę starszy, zaczynam patrzeć na to wszystko z zupełnie innej perspektywy. W tym momencie ja sam nie kojarzę, ile lat ma moja ciocia, kiedy mój wujek wziął ślub, do której klasy chodzi jeden z kuzynów. Jesteśmy rodziną, ale z powodu wielu decyzji, podjętych jeszcze w latach, kiedy nie byłem nawet w planach, oddaliliśmy się. To paradoks, bo każde z nas utrzymuje ze sobą bliski kontakt. Facebook, Skype – to dobrodziejstwa, bez których regularne, darmowe rozmowy byłyby niemożliwe. Dzięki nim dowiadujemy się o najważniejszych rzeczach. Ale to przecież nie zastąpi spotkań twarzą w twarz. A o te bardzo trudno, gdyż członkowie mojej rodziny mieszkają na co dzień w takich miastach jak Wiedeń, czy Madison (stan Wisconsin). Dlatego, okres Świąt Bożego Narodzenia to dla mnie wspaniałe dni. Nieważne, że rok w rok wyglądają tak samo, nieważne, że rozmowy z najbliższymi przypominają drętwe dialogi nastolatków w czasie pierwszej randki. Ważne, że jest to moment, kiedy mogę napić się, pogadać, zrobić cokolwiek z ludźmi, których przez większość 365 dni w roku widzę na nieruszającym się awatarze Facebookowego czatu, lub na lekko zapikselowanym ekranie komputera.
***
Przedświąteczny okres to wkurzające dni. Wszędzie jest ruch, ścisk i przepychanie się. Niby każdy wie, że Wigilia rozpoczyna się 24 grudnia, ale czasem mam wrażenie, że 70% naszego społeczeństwa o tym zapomina. Idąc do sklepu po butelkę mojej ulubionej Lipton Ice Tea, musiałem stać przez 20 minut w kolejce długiej jak korek przy wjeździe na autostradę A4. Idąc na siłownię, mieszczącą się w jednej z rzeszowskich galerii handlowych, czułem się tak, jakbym szedł na metro w Pekinie. Te kilka dni, od mniej więcej 18 do 23 grudnia, porównałbym do tykającej bomby. Bomby, która rok w rok jest rozbrajana w momencie zamknięcia wszystkich sklepów i oddaniu się temu, co w świętach najważniejsze – rodzinie.
Mimo oczywistych uciążliwości, te kilka dni poprzedzających przybycie najważniejszej pierwszej gwiazdki w roku, to dla mnie – fana muzyki – wspaniały okres. W sklepach RTV i AGD można wtedy bardzo tanio kupić płyty.
17 – to nie liczba lat, które miałem pijąc pierwszy raz wódkę. To też nie średni wiek utraty dziewictwa przez dziewczyny. Żeby nie budować sztucznego napięcia, porównywalnego do tego w autobiografiach większości polskich piłkarzy – tyle kompaktów zakupiłem w ciągu wypadu do sklepu. Pewnie pomyślicie, że dobrze mi się powodzi, skoro potrafię podczas jednego wyjścia wydać prawie tysiąc złotych na płyty. Nic z tych rzeczy. Dzięki przecenom, za jeden egzemplarz albumu muzycznego, zamiast średnio 50 złotych, płaciłem 20. I to bynajmniej nie za krążki typu Polskie Kolędy Grane Przez Orkiestrę Kościoła Pod Wezwaniem Matki Boskiej Zielnej w Szczyrku, czy Stachursky – The Best Of The Best. Wśród zakupionych płyt znalazły się m.in. album Lennego Kravitza, Linkin Park, Rise Against, czy Slayera. Za żaden nie zapłaciłem więcej niż 20 złotych. Porównując tę kwotę do standardowych 50 łatwo obliczyć, że:
– gdy płyta kosztuje 20 zł, za 50 złotych możemy sobie kupić 2 krążki,
– w cenie 2 regularnych cenowo płyt, mogłem zakupić 5 albumów po przecenie.
Mnożenie kolejnych przykładów będzie bezsensowne. Ogólnie rzecz ujmując: im wyższa kwota, tym większa różnica w ilości płyt.
Zazwyczaj byłem jedną z niewielu osób, która w tym sklepie udawała się do kasy z kompaktem w ręku. A kiedy pojawiły się promocje, ludzie od razu zaczęli iść w moje ślady. To pokazuje jedno – da się sprzedawać płyty w cenie takiej, jaka odpowiadałaby konsumentom. To nie jest tak, że Polacy lubią ściągać nielegalnie muzykę. W pewnym sensie są do tego zmuszani, bo gdy zarabiasz 6 -7 zł na godzinę, to wydanie prawie całej dniówki na longplay’a jest oczywistą głupotą. Przecież nie każdy jest takim debilem jak ja, potrafiącym przetracić resztki oszczędności na nową płytę ukochanego zespołu. Ale gdy widzę ludzi, którzy wydają swoje ostatnie pieniądze na partyjkę w Black Jacka, lub butelkę wódki, to wybieram swój nałóg. Może nie jest tańszy, ale zdecydowanie zdrowszy.
PS. Tegoroczny okres Bożego Narodzenia wykreował nowy świąteczny hit. Jest nim Włączamy niskie ceny Eweliny Lisowskiej, grany w każdym gospodarstwie domowym ze średnią częstotliwością 148 razy dziennie.
