Mimo, że w rzeczywistości nazywa się Suzanne, cały świat zna ją głównie jako Lukę. Mieszka na drugim piętrze, nigdy nie nosi białego i zakochała się w chłopaku z Wysp. Jakie inne tajemnice kryje pod swą sceniczną maską pani Vega?
Było parę minut po dwudziestej, kiedy ciepły głos konferansjera zapowiedział w kilku żołnierskich słowach, że nadszedł TEN czas. Na scenie wyłoniły się dwie postacie, a jedyne co miały w rękach, to gitary: ona – akustyczną, on – elektryczną. W takim zestawieniu mieli spędzić następne kilkadziesiąt minut, dzieląc się przy okazji swoim kunsztem wydobywającym się spod ich palców tudzież strun głosowych. Plan w swych założeniach prosty, ale ostatecznie operacja odbywała się na żywych organizmach, co zawsze budzi pewne obawy. Bo czym zamaskować ewentualne niepowodzenia? Grą świateł? Dobrą miną?
Na szczęście taka potrzeba nie zaszła i zgromadzeni w Starym Maneżu otrzymali to czego wyczekiwali. Wszelkie markery, począwszy od fryzur, poprzez fikuśny kapelusz, a na książce do języka polskiego kończąc, okazały się ledwie przyjemnymi dodatkami do całej gamy kojących duszę i ciało dźwięków. Tych niskich i tych wysokich, tych długich i tych krótkich, tych czystych jak łza i czystych jak kryształ, tych wesołych i tych smutnych. A wszystko to uzyskali jedynie przy użyciu dwóch gitar i kilkudziesięciu gramów mięśni, tkanek i naczyń krwionośnych.
Duża w tym zasługa gitarzysty, który wyciskał ze swego narzędzia ile fabryka dała. To w jaki sposób udało mu się ukręcić tak wyrazisty i ciepły bas pozostaje dla mnie zagadką, niemniej każdy dźwięk wydobywający się spod jego strun był trafiony w punkt. Nie było miejsca na pomyłki – perfekcja w czystej postaci. Momentami, gdy było aż za dobrze, na ratunek przychodziły piosenki takie jak I Never Wear White – brudne i szarpane, ale w tym wszystkim pierwiastkiem dominującym pozostawała jednak harmonia. Pełen profesjonalizm!
Klimat ładu i składu niewątpliwie trochę za bardzo udzielił się publice, bo interakcja pomiędzy parą na scenie a gronem osób zasiadającym na pięknie przygotowanych krzesełkach była zerowa (nie licząc oczywiście utworów Luka oraz Tom’s Diner, ale pfff… taka interakcja to jak danie dziecku czekolady). Sama Suzanne nieraz próbowała wskrzesić płomień wśród tłumu, lecz jej podrygi kończyły się fiaskiem. Znaczna większość ludzi podczas trwania występu siedziała jak na szpilkach, sącząc swoje winko czy popijając inny napój niskoprocentowy. Gdyby w parze z takim klimatem szło jeszcze ich podejście do postawy w trakcie koncertu, mielibyśmy wieczór idealny.
Nie zważając jednak na pseudo towarzystwo, swój sposób na odbiór tak genialnych dźwięków znaleźli nieliczni stojący wokół skonsternowanych mas. Bo ten koncert taki właśnie był – służył dobrej zabawie. Fakt – może czasem treści tekstów nie były zbyt wesołe (The Queen & The Soldier), melodie nie wprowadzały w taneczny nastrój (In Liverpool), a rytm danego utworu raczej tulił do snu aniżeli pobudzał (Gypsy). Lecz mimo wszystko, na pierwszym miejscu stała radość: z muzyki, z danej chwili, z prostych rzeczy. Nie wszyscy potrafili to pojąć, ale ci którym się udało, mogli z czystym sumieniem powiedzieć: „Her name is Suzanne”. (Tfu… Luka. Smacznego winka!)

