Site icon All About Music

Steven Wilson – To the Bone (2017), recenzja Karoliny Młynarskiej

W świecie muzyki Steven Wilson znany jest jako miłośnik eksperymentów oraz niekonwencjonalnych, innowacyjnych rozwiązań. Jego najlepszym przyjacielem zdaje się być gitara elektryczna, której używa, by stworzyć utwory łączące w sobie rock alternatywny, progresywny, indie, ambient czy art rock. Przez wielu uważany za mistrza w swoim fachu, w sierpniu tego roku wydał kolejną solową płytę, zatytułowaną To The Bone, budzącą spore emocje u zwolenników jego twórczości. Czy rzeczywiście jest tak kontrowersyjna?

Zależy, jak na to spojrzeć. Brytyjski muzyk swoją dotychczasową działalnością przyzwyczaił słuchaczy do dźwięków niecodziennych, nierzadko wymagających uwagi oraz koncentracji. Taką płytą jest świetnie przyjęta Hand. Cannot. Erase.. Zebrała sporo przychylnych recenzji i uchodziła za muzykę dla wysublimowanych odbiorców. Mówiąc krótko, posiadała pewną specyfikę, przez co nie była odpowiednia dla każdego. Inaczej sprawa się ma z To The Bone, która zdaje się być odskocznią od wyszukanych brzmień. Jest lżejsza, łatwiejsza w odbiorze, bardziej przystępna. Właśnie te cechy tak rozjuszyły niektórych wielbicieli Wilsona. Twórca zapowiadał, że ten album jest inspirowany muzyką jego młodości, między innymi Petera Gabriela, Kate Bush, Talk Talk czy Tears for Fears – i tak też się stało. W poszczególnych piosenkach słychać wpływy powyższych artystów, ale nie są nachalne oraz przekalkowane. Wilson wciąż pozostaje sobą.

Przygodę z piątym solowym albumem Stevena rozpoczynamy z tytułowym nagraniem To The Bone. Jest to przyjemny utwór z rozbudowaną częścią instrumentalną, za sprawą bębnów o nieco południowym charakterze. Udane otwarcie przeistacza się w łagodne, rozmarzone Nowhere Now, które jest dobre, ale nie każe zbierać szczęki z podłogi. Inaczej może być z singlowym Pariah, nagranym w duecie z izraelską wokalistką Ninet Tayeb. Porządnie skonstruowany utwór narasta powoli, by na samym końcu wręcz wybuchnąć dynamiczną gitarową solówką. Ów duet jest jednym z mocniejszych punktów płyty.

Należy bliżej przysłuchać się czterem utworom: Refuge, The Same Asylum As Before, Song Of I oraz People Who Eat Darkness. Pierwszy z wymienionych to drugi pod względem długości utwór na płycie. Trwa niemal siedem minut i żadna z tych sekund nie jest zbędna czy nieprzemyślana. Dostaliśmy ciekawie zbudowaną piosenkę, która z wyciszonego początku powoli rozrasta się w mocny, żywiołowy finał. Po ów finiszu czekają nas kolejne spokojne dźwięki, tym razem w towarzystwie ustnej harmonijki. Całość wypada fantastycznie! The Same Asylum As Before to wyraźne brzmienia gitar z licznymi zmianami tempa, pogodnym chórkiem oraz kapitalną końcówką. W stonowanym Song Of I gościnnie udziela się Sophie Hunger. Ta propozycja wyróżnia się ładnym klimatem, w którym uwagę zwracają ciekawie wkomponowane elementy skrzypcowe. Najlepszym momentem wydawnictwa jest ostre People Who Eat Darkness. Posiadający rockowy, ognisty temperament numer zapada w pamięć i wyzwala chęci do szaleństwa. Podoba mi się kontrast pomiędzy wspomnianymi charakternymi momentami a dźwiękami akustycznymi, które pojawiają się w finale wraz z żeńskim wokalem. Ten utwór spodoba się miłośnikom cięższych dźwięków.

Na To The Bone dużo się dzieje. Steven Wilson wciąż pokazuje swą elastyczność oraz otwartość na nowe, nieodkryte drogi. Jest sporo różnorodności, więc każdy słuchacz znajdzie piosenkę odpowiednią dla swoich upodobań. Dlatego brakuje tu spójności oraz jednej myśli przewodniej. Może się wydawać, że To The Bone to zbiór przypadkowych, niepasujących do siebie utworów. Nawet jeżeli tak jest, nie oznacza to, że album jest zły czy nieudany. Bo wręcz przeciwnie, piąta solowa płyta Wilsona jest bardzo dobra oraz bardzo udana. Inna od pozostałych krążków, ale artysta nadal utrzymuje swój poziom.

Od To The Bone bije lekkość oraz pozytywność. Są moment na tej płycie, kiedy człowiek chce się uśmiechnąć, bo jest tak pogodna. Myślę, że to niezła odskocznia od wymyślnych dotychczas tworów Wilsona. Czasami potrzebny jest odpoczynek od znanego i lubianego oraz spróbowanie czegoś nowego. To The Bone nie jest arcydziełem, ale pozostanie mocnym punktem w dyskografii artysty. Nie będzie o niej głośno, nie stanie się legendą, raczej nie zadebiutuje w zestawieniu najlepszych płyt wszech czasów. Ale jest porządnym wydawnictwem, przemyślanym i trafionym. Dzięki niemu Steven Wilson może przysporzyć sobie wielu nowych miłośników, prawdopodobnie mniej wymagających, lecz wciąż pragnących wartościowych dźwięków.

Exit mobile version