Prawdopodobnie spora część z was nigdy o tym panu nie słyszała, bo scena progresywna wciąż pozostaje niedoceniona. Niekwestionowany muzyczny geniusz – multiinstrumentalista, kompozytor, producent muzyczny. Złote dziecko sceny progresywnej przełomu wieków! Zapewne również jedna z najbardziej zapracowanych osób na świecie! Na przestrzeni ostatnich 27-iu lat był głównym filarem takich projektów jak: No-Man, Porcupine Tree, Bass Communion, I.E.M., Blackfield, Storm Corrosion. Dodam, że większość z nich działała w tym samym czasie. 27-ego lutego wrócił z najnowszym, czwartym już albumem sygnowanym własnym imieniem i nazwiskiem – Hand. Cannot. Erase. Amerykański Guardian przyznał mu najwyższą z możliwych ocen – pełną piątkę, a zatem nie mówimy tutaj o jakiejś tam płycie ale raczej o przełomowym zjawisku muzycznym! Zapraszam do degustacji.
Album otwiera urzekające First Regret. Stłumiona linia syntetyzatorów i pełna wdzięku i lekkości partia fortepianowa subtelnie wprowadzają nas w klimat płyty. To muzyczne intro pełni wprowadzenia w muzyczny świat płyty, a kawałek powoli przelewa się w silne, progresywne 3 Years Older. Utwór od pierwszych taktów zaskakuje nas mocnym gitarowym brzmieniem, które przełamuje subtelny klimat poprzedniej kompozycji. Zdecydowanej, przywodzącej na myśl tupanie partii strunowej przychodzi z pomocą równie silna perkusja, zaś ich nieprzewidywalny mariaż pełni rolę dynamizującą w utworze. Nie brak tutaj oczywiście fantastycznych solowych popisów gitarowych, wydarzających się na muzycznych marginesach kompozycji i biegnących zupełnie innymi ścieżkami. Nareszcie instrumentarium cichnie i z głębi wyłania się harmonijny, pełen wdzięku głos Wilsona. Tutaj następuje zdecydowana zmiana klimatu i w nieprzewidywalną progresję napływa kilka kołyszących fortepianowo-gitarowych minut. Ale kto zna tego geniusza, wie, że ukojenie jest tylko chwilowe, by ponownie zaskoczyć nas burzą energii i posypać całość mocnymi gitarami i perkusją. Punk kulminacyjny utworu i zarazem swoisty węzeł energetyczny występuje pod koniec refrenu, gdy instrumentarium łączy się w wokalem tworząc jednogłosową, pełną mocy wiązankę opalizującą dźwiękiem.
Tytułowe Hand Cannot Erase to pełna wdzięku refleksyjna kompozycja oparta przede wszystkim na ścieżce wokalnej. Utwór, pomimo silnej roli rytmizującej delikatnych dźwięków gitary i fortepianu rozwija się niespiesznie. Każda kolejna całostka obrasta w kolejne instrumenty, by wreszcie zaskoczyć nas urzekającym wybuchem pełnego instrumentarium. W odróżnieniu od kompozycji otwierającej krążek, tutaj artyści trzymają się ustalonego na samym początku motywu muzycznego. Nie oznacza to oczywiście namolnego powtarzania tego samego – o nie! Artyści poddają ten drobiazg obróbce coraz to kolejnym instrumentom, choć mimo tej multiinstrumentalności kompozycja nie traci nic ze swojej harmonii i melodyjności. Czarująca!
Perfect Life rozpoczyna się od pełnego wewnętrznego napięcia i niepokoju głosu Katherine Jenkins – walijskiej mezzo-sopranistki, którego wokalna recytacja bliska jest mrocznym i dzikim kompozycjom Recoil. Mimo ograniczenia środków instrumentalnych do absolutnego minimum syntetyzatorowo-wokalnego, pierwsza część utworu jest gęsta i niepokojąca. Ten specyficzny nastrój został osiągnięty dzięki operowaniu bardzo blisko spokrewnionymi ze sobą dźwiękami opierającymi się o tonację molową i dodatkowe zagęszczenie ich półtonami. Utwór jest ewidentnie przełamany w drugiej części, gdzie pojawia się głos samego Stevena, oscylujący wokół wysokich i jasnych, choć wciąż molowych rejestrów. Wtórują mu równie wysokie i jasne organy Hammonda, które dodatkowo uwydatniają swego rodzaju „muzyczną czystość” kompozycji.
Routine z kolei to wzruszająca kompozycja bazująca na muzycznym dialogu głosu z fortepianem. Melancholijny, rozlewający się powolnością nastrój panujący w utworze został osiągnięty dzięki opóźnieniu wokalu o jedną nutę względem partii fortepianowej. To właśnie ten zabieg powoduje, że nie możemy oprzeć się wrażeniu niemożności złapania dźwięku przez wokal – jak gdyby wypadało mu z rąk nie tylko instrumentarium ale i cały świat. Druga część kompozycji przynosi muzyczne opracowanie motywu wiodącego przez gitary i perkusję. Jak to zwykle w wypadku Wilsona bywa rozpoznajemy te dźwięki, ale nigdy nie są tym samym. Pieni się wokół nich ocean możliwości muzycznych, gitara wędruje po meandrach dźwięków, to oscylując wokół melodii wiodącej, to znów rozpryskując się kilkoma mocnymi i zagęszczonymi taktami. A wszystko po to, by powrócić do ścieżki wyznaczonej na samym początku ale już jakby inaczej, niby lustrzanie a niejasno.
Home Invasion swobodnie zamieniające się w Regret #9 to kolejna nieokiełznana, dzika kompozycja spod znaku progresywnej „ciemnej gwiazdy”. Spiętrzenie instrumentów, pojawienie się niepokojących ech, pogłosów, krótkie gitarowe wybuchy, pociągające za sobą chwiejną muzyczną tkankę całej kompozycji to coś, w czym mało kto tak naprawdę potrafi sobie poradzić. Steven Wilson jak zwykle wychodzi obronną ręką. Pomimo opalizującej wielością dźwięków, tonacji i instrumentarium tkaniny utworu, nic nie jest tutaj nieprzemyślane. Artysta zgrabnie skacze po różnorakich motywach muzycznych, każdy z nich opracowując w inny sposób. Pozwala instrumentom puścić wodze fantazji i lawirować wokół poszczególnych drobnostek muzycznych, po czym jakby nigdy nic na warsztat bierze zupełnie inną tonację i inny motyw. Ta muzyczna szarada oblepia jeden wciąż powracający molowy, liryczny motyw muzyczny, w którym instrumentarium ulega wyciszeniu a tempo spada, by pałeczkę przejął sam wokalista, szybując w muzycznych przestworzach wysokich rejestrów. Techniczna rewelacja!
Transience to kolejna urzekająca, pełna wdzięku kreacja muzyczna. Utwór bazuje na muzycznym dialogu subtelnego wokalu ze stłumioną ścieżką gitarową. Pozornie mogłoby się wydawać, że wokal idealnie odtwarza linię strunową i rzeczywiście do pewnego momentu tak jest. Oczywiście Stevena Wilsona nigdy nie interesowały proste rozwiązania i dzieli je cała gama, bo ścieżka głosu oscyluje wokół wysokich i jasnych rejestrów, gitara zaś znajduje się na dole pięciolinii. W drugiej części utworu mamy do czynienia z całkowitą zmianą zarówno motywu wiodącego jak i tonacji. Z melancholijnej, molowej kompozycji utwór przeobraża się w skoczną i pogodną propozycję durową. Klamrą spinającą całość jest niezmiennie oscylująca na granicach niskich molowych rejestrów gitara, dzięki czemu całość pomimo zmiany melodycznej pozostaje harmonijna i spójna.
https://www.youtube.com/watch?v=ZEQKIzvCGI8
Nastrój przygnębienia i refleksji wydaje się utrzymywać również w Ancestral ale oczywiście również to tylko pozór. Kompozycja rozpoczyna się od niepokojących, „zamglonych” taktów, których wewnętrzne napięcie bazuje na fortepianowej ścieżce operującej bliskimi sobie molowymi dźwiękami, osuwającymi się z całych tonów w półtony. Wtem niespodziewanie pojawia się miniaturowe trele fletu, którego świergot mógłby zwiastować zmianę nastrojowość i przechylenia utworu w kierunku duru. Nic podobnego. Flet daje się zdominować posępnej partii fortepianowej, coraz bardziej zbliżając się doń melodycznie, by wreszcie ustąpić mu miejsca i wpuścić ponownie zawodzący, pełen skargi wokal. Mimo że ścieżka dźwiękowa kompozycji wciąż i wciąż unosi się wzwyż pięciolinii, nie dosięga szczytu i nie jest w stanie osiągnąć durowych, jasnych, wysokich dźwięków. Całość nieustannie jest ściągana w dół przez sekcję smyczkową, która opada najszybciej, jak gdyby nie potrafiła wzlecieć i pociąga za sobą resztę instrumentarium. Po tych muzycznych próbach dochodzi do gwałtownej eksplozji. Instrumenty wybuchają wraz z wokalem i dopiero tutaj sięgają tych wysokich, zdecydowanych rejestrów i wzrastają w mocy ale jest to wybuch przeszywający, rozdzierający serce, kipiący rozpaczą. Niczym gasnący meteor ta instrumentalna eksplozja osiągnąwszy swój najwyższy punk, ponownie opada na pięciolinii a utwór zmienia się w coś zupełnie innego. W drugiej części utworu pojawia się niepokojąca, mroczna i bliska głosowi szaleństwa progresja. Ta ciemna aura została zbudowana za pomocą blisko spokrewnionych ze sobą dźwięków, najeżonych półtonami, nie pozwalających wyłamać się z tego zaklętego czarnego kręgu ani jednemu dźwiękowi. Nastrój grozy i obłąkania wzmacnia obudowywanie utworu coraz to kolejnymi instrumentami, które nie potrafią ani wgrać wspólnie ani zanadto się od siebie oddalić. Dochodzi do całkowitej koncentracji zarówno instrumentalnej jak i nastrojowej. I znów wyciszenie. Ale tym razem jakieś inne, jakby skrzywione, tajemnicze, operujące stłumionymi fragmentami różnych tonacji i motywów, na których przecięciu rodzi się muzyczne szaleństwo. Genialna kompozycja, jakiej mógł podjąć się tylko ktoś z tej niewielkiej garsteczki muzycznych geniuszy, do której Steven Wilson z całą pewnością należy.
Happy Returns łagodnie przepływające w Ascendant Here On łączy klamrą kompozycyjną całą płytę i nawiązuje swoją tkanką do First Regret. Kompozycja rozpoczyna się dokładnie od takiej samej konstrukcji fortepianowej, jaka otwierała album. Zmienia się natomiast muzyczna kontynuacja utworu. Podczas gdy First Regret wpadał w ogień dzikiej i nieprzewidywalnej stylistyki, Happy Returns umyka w krainę łagodności. Utwór bazuje na lirycznym dialogu fortepianu z wokalem. Oba zanurzone w subtelnej i delikatnej kreacji melodycznej, łagodnie rozchodzące się wzdłuż utwór, operujące pełnymi i jasnymi tonami, ciążącymi w kierunku duru. Happy Returns wraz z Ascendant Here On są niczym pierwszy przebłysk słońca po deszczu, obmycie twarzy z płaczu, niebiańskie uniesienie. Zapewne właśnie taką rolę ma spełniać pojawiający się w finale chór, operujący tymi najwyższymi i najjaśniejszymi rejestrami.
https://www.youtube.com/watch?v=vyNdYsbhxTw
Cóż mogę powiedzieć?.. Wiernej gwardii tego wybitnego Brytyjczyka na pewno nie zdziwi, że jak zwykle album jest wyśmienity. Krążek to swoista muzyczna droga przez wszystkie zakątki ludzkiej duszy. W odmalowywaniu meandrów psychiki Steven Wilson jest niezrównany. Doskonale wie, co można w niej znaleźć i wie jakich środków użyć, by o tym opowiedzieć. Ale ostrzegam, to nigdy nie jest droga łatwa do przebycia – znajdziecie tutaj cały wachlarz uczuć w doskonałej oprawie artystycznej. Pozwolę sobie pominąć kwestią oceny doboru singli, bo stoi za nią zazwyczaj sztab marketingowców i specjalistów od reklamy, jest to zatem w tym wypadku kategoria zupełnie nieprzydatna. Jeśli ktoś z was wciąż jeszcze nie miał okazji zobaczyć na żywo tego szalonego, bosostopego geniusza, wciąż jeszcze macie szansę. Już 7-ego kwietnia pojawi się deskach Łódzkiej Wytwórni Klub a dzień później zagości w krakowskim ICE Kraków Congress Centre. Bilety schodzą jak świeże bułeczki, więc jeśli nie chcecie zająć raczej średnio widokowych miejsc za 17-tym filarem, radzę się pośpieszyć!
