Site icon All About Music

Steve Perry – Traces (2018), recenzja Marty Muśko

I know it’s been a long time comin’… To zdanie przerywające długie milczenie legendy rocka, od 1977 roku nierozłącznie wiązanego z działalnością zespołu JourneySteve Perry’ego. Czy po dwóch dekadach przerwy artysta potrafi utrzymać balans między trudnymi przeżyciami, sceniczną absencją, a muzyczną rzeczywistością? Trzecia solowa płyta Traces, która jest czymś więcej niż dotrzymaniem słowa, pozbawia wszelkich wątpliwości.

Zgodnie z klasycznym rozpoczęciem bajki – dawno, dawno temu, dwie dekady temu, pewien artysta odszedł od spuścizny beztroskich rockmanów i kompozycji, które wpisały się w kanon klasyki gatunku. Steve Perry był nieuchwytną postacią od lat 90-tych po swoim ostatnim albumie z Journey, Trial by Fire z 1996 roku i okazjonalnymi występami. Artysta uczestniczył także przy wprowadzeniu kapeli do Rock and Roll Hall of Fame w 2017 roku, ale nie grał z zespołem. Jeszcze w tracie wspólnego tworzenia, dwukrotnie udał się na odosobnienie, czego efektem były dwie studyjne płyty – Street Talk z 1984 roku i For the Love of Strange Medicine nagrane 10 lat później w 1994 roku. I to byłoby na tyle. Wkroczyliśmy w XXI wiek, a muzyk zaprzestał wydawania nowych kompozycji. Jak sam wspomina, w pewnym momencie opuściła go miłość do muzyki. Rzadko który artysta odważa się na tak radykalne zmiany w życiu i jednocześnie brutalne uświadomienie o tym swoich słuchaczy. Po ponad 20 latach chyba nikt nie wiązał jakichkolwiek nadziei, że jeszcze usłyszymy go na dużej scenie, a tym bardziej z nowym repertuarem. Uczucia czynią jednak cuda.

Traces to kronika składająca się z 10 elementów opisujących ostatnie doświadczenia Steve’a. Przy czym warto wspomnieć, że wersja deluxe została wzbogacona o kolejne pięć rozdziałów. Nie sądzę, aby ktokolwiek był zaskoczony, gdy usłyszał, że jest ona wypełniona głównie liryką, momentami z lekkimi odskokami. Steve Perry w wieku 70 lat nadal jest sobą. To charakterystyczny głos, nastrój i emocje, których nikt nie stworzy lepiej w jego własnych kompozycjach, a znajome brzmienie z przeszłości ujawnia się na przestrzeni całego albumu, gdzie ożna wyłapać fragmenty takich journeyowskich klasyków jak Strange Medicine, Trial By Fire czy Street Talk.

Mężczyzna w czerni bierze w dłoń mikrofon estradowy i w gronie muzyków dzieli się z nami opowieścią. Utrata ukochanej w walce z bezlitosną chorobą, poczucie straty, niegasnące uczucie, aż po następujące oczyszczenie ze wszystkich negatywnych emocji. Przeżycia przedstawiono w subtelny i w dużej mierze optymistyczny sposób. Dokładnie tak brzmi No Erasin’, które było całym sprawcą związanym z wyczekiwanym, wręcz legendarnym powrotem symbolu lat 70′ i 80′. Singiel inauguracyjny trzyma się bowiem elementów Motown i o ile wraz z jego premierą wielu osobom, w tym mi, towarzyszyły wątpliwości nad formą wokalną, następujące po nim płynące We’re Still Here doszczętnie je eliminuje. To pokaz wciąż ogromnej siły niefiltrowanego głosu, mimo lekkiego, czystego i niezwykle intuicyjnego wykonania. Balladowym szlakiem podążają kolejne kompozycje, ale każda z nich na Traces ma wyznaczone miejsce na nowe dźwięki i klimat, dzięki czemu album jest znacznie przyjemniejszy w odbiorze. No More Cryin ma w sobie odrobinę bluesa, a refren lekko przyspiesza i włącza nowoczesne, gitarowe riffy. Z kolei wolniejsze Most All’ współtworzone z Randym Goodrum jest tym razem gładko prowadzone głównie przez głos Steve’a z delikatnym fortepianem w tle.

Wyjątkowym momentem na płycie jest In The Rain. To bardzo osobista, emocjonalna pianistyczna ballada, uformowana ciepłym, pełnym przestrzeni wokalem. To głównie on skupia na sobie uwagę w każdej piosence i co ciekawsze, momentami jest on agresywniejszy, dojrzalszy przy m.in. Easy To Love ze wsparciem perkusji i organów oraz powolnym I Need You, a po chwili słychać ten nieskazitelny, silny głos z młodzieńczych lat. Tu na przód wychodzą takie kompozycje jak You Belong To Me i zamykające We Fly, które należą do jednych z najjaśniejszych punktów premierowego materiału. Melodyjność, klasa, piękne wsparcie chóru – to wszystko sprawia, że na takie kompozycje warto czekać nawet przez długie lata. Traces mimo że jest nastawione na nastrojowość i lirykę, ma również miejsce na energiczne brzmienie. Oferuje je Sun Shines Gray, które jest instrumentalnie dopieszczone z wyrazistą gitarą na czele.

Steve Perry przez wiele miesięcy pracował nad jakością swojego powrotu. Udało się. Traces to płyta dobrze wyprodukowana, żywa instrumentalnie i autentyczna wokalnie. Całość brzmi harmonijnie, chociaż dwudziestoletnia przerwa mogła wywołać odmienny efekt. To tylko pokazuje, że prawdziwy talent zawsze się obroni. Owszem, struny głosowe nie są tak posłuszne właścicielowi jak dwadzieścia lat temu, ale to nie umniejsza jakości wykonania i przekazowi. Każda kompozycja ma swój własny styl, własne emocje i unikalną energię.

Exit mobile version