Gdybym po wysłuchaniu tego albumu miała coś powiedzieć – zaniemówiłabym. Bynajmniej nie kurtuazyjnie, ale całkowicie niewymuszenie. Słowa utknęłyby w wąskim, ciasnym, przeraźliwie mocno rozedrganym tunelu gardła, a uwolnione – w eterze tworzyłyby niespójny bełkot. Mam to szczęście, że piszę. I że miałam możliwość obcowania ze sztuką przez duże „s”, bo Atramentowa właśnie nią jest.
Muzyczny, studyjny debiut Stanisławy Celińskiej to rok 2012, a wraz z nim premiera płyty Nowa Warszawa. Od tamtego czasu artystka ugruntowuje swą pozycję na polskiej scenie muzycznej. I robi to fenomenalnie. Świadczą o tym chociażby pochlebne recenzje Atramentowej, a przede wszystkim status platynowej płyty.
Atramentowa to majstersztyk. Muzyczny klimat krążka utrzymany w atmosferze jazzu tworzą kompozycje Macieja Muraszko, które wchodzą w idealną symbiozę z głosem Celińskiej – melancholijnym, spokojnym, poruszającym. Źródłem tych dźwięków jest całe szerokie spektrum instrumentarium wykorzystanego na albumie zaczynając od cymbałów, fortepianu, akordeonu poprzez skrzypce i kontrabas, na saksofonie kończąc. Głos łączy się z muzyką w idealnych proporcjach, jedno nie zagrabia przestrzeni drugiego, dzięki czemu słuchacz nie odnosi wrażenia dźwiękowej „przepychanki”.
W te wyrafinowane dźwięki oprawione są odpowiednio wyselekcjonowane słowa towarzyszące każdemu z 15. utworów zamieszczonych na płycie. Ten ogrom materiału w pewnym stopniu tworzy efekt przeładowania – w końcu taka ilość ścieżek na jednym albumie to rzadkość. Wśród ich autorów ogromne ukłony należą się m.in. Wojciechowi Młynarskiemu, Dorocie Czupkiewicz za Obfitość, Marcinowi Sosnowskiemu oraz Muńkowi Staszczykowi za Wielką Słotę. Celińska obdarzyła swoich tekściarzy ogromną dozą zaufania powierzając im to zadanie. I trzeba przyznać, że się na nich nie zawiodła. Jest to odczuwalne przynajmniej z perspektywy mojej – słuchacza. Słuchając tego krążka nieodparcie, wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że każda, choćby najmniej istotna literka tekstu, jest skrojona idealnie na miarę Celińskiej – jej przeżyć, refleksji, doświadczeń. Choć, tak naprawdę, chyba nie da się ich zamknąć w jakimkolwiek zasobie słów.
Czerń i biel jest utworem otwierającym album. Kalejdoskop kontrastów – tak można w ogromnym skrócie go określić. Celińska nie kreuje w nim ani siebie, ani świata, w którym przyszło jej wieść żywot. Przeplatające się emocje, uczucia, doświadczenia tworzą złożony, ale realistyczny obraz życia. Artystka ułatwia słuchaczowi oswoić się z kuriozum, które nierzadko czyha, czeka i w najmniej niespodziewanym momencie spotyka każdego.
Ta recenzja nie mogłaby istnieć bez utworu Czy o kimś ktoś. O żmudnej codzienności, o braku zrozumienia, o tym, że wszystko, co złe w końcu mija. Utwór, który chyba w największym stopniu mnie wzruszył, zaskarbił mój podziw. Jest poruszający nie tylko w warstwie tekstowej, ale też w sposobie jego transmisji – głos Celińskiej jest w nim niezwykle emocjonalny, rozkołysany w niskich rejestrach z łatwością przechodzi w wyższe tony w refrenie.
I bezbłędnie obłędne Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan. Utwór, który w każdej aranżacji robi ogromne wrażenie, ale w tym wykonaniu jak gdyby bardziej intensywne. Duet Celińska – Nosowska po raz pierwszy ukazał się światu podczas trasy Męskie Granie 2013r. na koncercie w Warszawie wykonując właśnie ten utwór. Do dziś, na myśl o tym wykonaniu, mam przed oczami obraz potwornie wzruszonej, onieśmielonej Nosowskiej, widocznie poruszonej obecnością Celińskiej razem z nią na scenie. Nic dziwnego. To zetknięcie się dwóch wrażliwości, osób, które w sztuce odkrywają swoje wnętrza, uzewnętrzniają żywe emocje, a efekt tego zderzenia jest absolutnie niezwykły.
Z nurtem Atramentowej płynie ogromny, rwący potok skrajnych emocji. Celińska jest po prostu szczera, nie rysuje świata w wyłącznie pięknych, wymuskanych barwach. Niewiele jest osób, które, podobnie jak Ona, oglądały życie z różnych stron, mieniące się kolorami wpadającymi w głębokie czernie, by po jakimś czasie przybrać ciepłe, radosne odcienie żółci czy zieleni. A jeszcze mniej jest tych, którzy potrafią to wyśpiewać. Tak jak Ona.
Myślę, że gdyby nie Stanisława Celińska – jej osobowość, bardzo specyficzna, głęboka wrażliwość, otwartość i ciepło – muzyka, taka jak ta prezentowana na Atramentowej, nie miałaby racji bytu na polskim rynku muzycznym. Celińska to artystka szalenie świadoma – siebie, własnych możliwości, człowieka i tego, co go otacza, z czym konfrontuje się na co dzień. Nie udaje wielkiej piosenkarki, nie sięga swym wokalem skrajnych rejestrów obijając się wręcz o obłudę i śmieszność w tym, co robi. Urzeka swą niedoskonałością, prostotą, zwykłym człowieczeństwem tak bardzo potrzebnym słuchaczowi sięgającemu właśnie po ten krążek. Czaruje. Stwarza niezwykle intymną atmosferę. I rozbudza apetyt na więcej.

