Site icon All About Music

St. Vincent – MASSEDUCTION (2017), recenzja Pawła Markiewicza

Muzyka zawsze była jej największą obsesją. Dzięki ogromnej pracy na przestrzeni dziesięciu lat uzyskała status niezwykle wyjątkowej i oryginalnej artystki. Trzy lata temu została doceniona przez krytyków muzycznych, dzięki którym otrzymała pierwszą nagrodę Grammy za imienną płytę St. Vincent. Dziś powraca z kolejnym albumem, na który składa się najszczerszy materiał jaki stworzyła przez wszystkie lata swojej aktywności muzycznej. W momencie, kiedy finalizowała brzmienia Masseduction wyznała, że czuje się jak zakonnica.

Masseduction to wydawnictwo składające się z 11 piosenek. Szczerość, emocjonalność i mocny przekaz uderzy nas już przy otwierającym wydawnictwo Hang on Me. To płyta, której materiał dotyka tematyki seksu, smutku i alkoholu. I wreszcie, to słodko-gorzki album o miłości, rozstaniu i innych problemach. Masseduction jest swojego rodzaju konfesjonałem, w którym St. Vincent przelała całe serce na papier. Dlatego od płyty bije na kilometr autentyczność, a teksty grają pierwsze skrzypce na wydawnictwie.

Sometimes I sit in the smoking section
Hopin’ one rogue spark land in my direction
And when you stomp me out, I scream and I’ll shout
„Let it happen, let it happen, let it happen”

Dokładnie trzy utwory wystarczyły do tego, żeby słuchacze mogli wyobrazić sobie finalne brzmienie Maseduction. Pierwszym przedsmakiem było nostalgiczne, uderzające smutkiem New York, które ze względu na dość wyciszoną warstwę muzyczną, pozwala wysunąć się rozżalonemu głosowi na pierwszy plan. Dołożony w refrenie drugi kanał z wokalem może przyprawić o ciarki. Później St. Vincent zaprezentowała nam coś zupełnie kontrastowego. Mocne, agresywne gitary to to, co najlepiej charakteryzuje Los Ageless, które jest nie tylko najlepszym singlem z całej trójki, ale też wybija się na tle całej płyty. Zadziorna kompozycja z dobrym instrumentalem na koniec. Ostatnie – Pills, z mocnym przekazem zaskakuje zmianą tempa, niezwykłą melodyjnością i rytmiką w refrenie.

I w momencie kiedy nie usłyszałem jeszcze całej płyty, a jedynie zapowiadające single, malował mi się obraz dobrego, mocno artystycznego albumu, który będzie jednym z najlepszych wydawnictw jakie usłyszałem w 2017 r. Teraz wiem, że to nie jeden z najlepszych, ale najlepszy krążek, jaki usłyszałem w tym roku. Konsekwentnie realizowana produkcja, spójność brzmieniowa, emocje oraz mocne gitary elektryczne niejednokratnie przyprawiają o ciarki na skórze i palpitacje serca.

And sometimes I feel like an inland ocean
Too big to be a lake, too small to be an attraction
And when you wander in and start to flail a bit
I let it happen, let it happen, let it happen

Masseduction pełne jest ozdobników, syntezatorów, przytłumionych wokalów, chórków oraz bogatych instrumentalów, które najlepiej określić mianem artystycznego nieładu. St. Vincent przy tym wszystkim pozostaje urzekająca i wciąż zaskakująca. Zaskakująca ze względu na łączenie popowych brzmień z mocnymi gitarami i elektroniką. Przykładów nie trzeba szukać daleko, wystarczy spojrzeć na tytułową kompozycję (z najlepiej skonstruowanym refrenem na całym wydawnictwie) oraz Savior, które skrada serce nie tyle dynamiką, co powtarzającym się lamentem, który w outro przeplata się z krótką recytacją powtarzających się zdań. Cudo.

Sometimes I stand with a pistol in hand
I fire at the grass just to scare you right back
And when you won’t run, I’m mad, but I succumb
Let it happen, let it happen, let it happen

Wbrew pozorom Masseduction nie jest wydawnictwem, na którym znajdują się tylko mocne i przewrotne utwory wyprodukowane przez Jacka Anotonoffa. To również subtelność, delikatność i głęboko zakorzeniona kobiecość, która przemawia nie tylko w New York, ale także w Happy Birthday, Johnny i w poprzedzonym przez interlude (Dancing With A Ghost) wzruszającym Slow Disco, gdzie wokal Annie Clark pięknie współgra ze skrzypcami – tym samym tworząc magiczną aurę. Jest też zamykające wydawnictwo Smoking Section, w którym fortepian momentami przebijany jest przez ciężką gitarę elektryczną. Koniec utworu w cudny sposób wyprowadza słuchacza z zasłuchania.

And sometimes I go to the edge of my roof
And I think I’ll jump just to punish you
And if I should float on the taxis below
No one will notice, no one will know

Masseduction to przede wszystkim prywatne i emocjonalne teksty, chłodny wokal oraz dźwięk gitary elektrycznej, który jest największym znakiem rozpoznawczym St. Vincent. Nowe wydawnictwo ukazało niezwykłą świadomość muzyczną artystki. Sama wokalistka utwierdziła wszystkich w przekonaniu, że to na Niej należy skupić największą uwagę i to właśnie ona jest przyszłością. Chylę czoła, składam gratulację. Masseduction, to arcydzieło muzyczne.

It’s not the end, it’s not the end
It’s not the end, it’s not the end
It’s not the end, it’s not the end
It’s not the end, it’s not the end
It’s not the end, it’s not the end
It’s not the end, it’s not the end

Exit mobile version