Site icon All About Music

Śpieszmy się kochać rockmanów tak szybko odchodzą. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Ostatnio odpaliłem w swoim odtwarzaczu muzyki płytę Ramones. Dawno ich nie słuchałem, a przecież trzeba od czasu do czasu powspominać jednych z pionierów muzyki punk rockowej na całym świecie (krytycy spierają się, kto stworzył ten gatunek. Amerykanie twierdzą, że Ramonesi, a Brytyjczycy, co chyba oczywiste, że jednak Sex Pistols. Ja bym ten spór rozwiał prostą konkluzją: oba zespoły są tak samo wspaniałe). Po wysłuchaniu całego albumu zdałem sobie sprawę z naprawdę strasznej i przygnębiającej rzeczy: skład, który nagrywał ten krążek, już nie żyje.

Zespół Ramones to bodajże pierwszy przypadek, który w całości funkcjonuje jedynie w świadomości słuchaczy oraz na nośnikach, na których ich muzyka została utrwalona (mówię tu oczywiście o pierwotnym składzie kapeli, który święcił chyba największe triumfy). Jest to dla mnie bardzo smutne, bo pokazuje, że muzyka rockowa, nie tylko metaforycznie, umiera.

Na potrzeby tego felietonu postanowiłem wybrać 10 moich ulubionych zespołów rockowych, które stażem przekraczają minimum 25 lat działalności. Sprawdzę, ilu członków ich pierwotnego składu już nie żyję. Będę to robił na bieżącą, więc efekty tej analizy zaskoczą, lub nie, zarówno Was, jak i mnie. Kolejność zupełnie przypadkowa.

Led Zeppelin

Zespół od ponad 30 lat nie występuje na żywo. Zrobił jedyny wyjątek w grudniu 2007 roku, kiedy zagrał koncert na O2 Arena w Londynie. Nagrany materiał został wydany w 2012 roku na albumie Celebretion Day. Na ten moment z czteroosobowego składu zespołu zmarł jeden jego członek – John Bonham. I to właśnie jego śmierć sprawiła, że ta legenda hard rocka przestała wspólnie grać. John odszedł w iście rock and rollowym stylu: zadławił się własnymi wymiocinami po całonocnej balandze.

https://www.youtube.com/watch?v=jtN8oBjMr_E

Queen

Grupa została jakiś czas temu wybrana najlepszym rockowym zespołem w historii Anglii. Gdy spojrzymy na ich konkurentów do tego miana zrozumiemy, jak ważny i prestiżowy to tytuł. Jak powszechnie wiadomo, jednym zmarłym członkiem zespołu jest najlepszy, moim zdaniem, wokalista rockowy w historii – Freddie Mercury. Muzyk zmarł w listopadzie 1991 roku na AIDS.

The Beatles

Pionierzy muzyki rockowej nie występują już na scenie od przeszło 40 lat. Mimo tego ich płyty cały czas sprzedają się bardzo dobrze, a wspaniała historia i piosenki przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Na ten moment śmierć poniosło dwóch muzyków Beatlesów. Pierwszy zmarł, a właściwie zginął, John Lennon. Został zamordowany w grudniu 1980 roku przez swojego psychofana Marka Chapmana. W 2001 roku po wieloletniej chorobie zmarł gitarzysta George Harrison.

Pink Floyd

Królowie psychodelii, co bardzo powszechne wśród najważniejszych przedstawicieli rocka, nie występują już razem na scenie. Każdy z członków kontynuuje swoją karierę muzyczną solo. Z pierwotnego składu grupy, czyli tego z Sydem Barretem, pozostał już tylko Roger Waters i Nick Mason. Barrett odszedł w roku 2006, natomiast klawiszowiec Richard Wright zmarł na raka w 2008 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=y7EpSirtf_E

The Rolling Stones  

Gdy przeczyta się jakąkolwiek pozycję na temat tej legendy rocka, to od razu do głowy przychodzi pytanie: jakim cudem ci goście jeszcze żyją? Ilość imprez, jaką razem odbyli, nie jest chyba przeznaczona dla zwykłego śmiertelnika. Mnie najbardziej zaskakuje fakt, że na tamten świat nie pofrunął jeszcze gitarzysta kapeli Keith Richards, który jest kwintesencją i twarzą rockowego żywota. Na ten moment jedynym zmarłym członkiem pierwotnego składu zespołu jest Brian Jones. A stało się to jeszcze w latach 60. Ta śmierć do dziś jest owiana tajemnicą. Ciało muzyka znaleziono w jego ogrodowym basenie. Spekuluje się, że za jego morderstwem może stać sam zespół, gdyż chciał się pozbyć niewygodnego i coraz trudniejszego we współpracy kolegi. Bardziej prawdopodobna jest jednak teoria, że po przedawkowaniu narkotyków Jones sam wpadł do wody. Jedno jest pewne – zmarł w wieku 27 lat, będąc jednym z pierwszych, który dołączył do tzw. Klubu 27.

U2

Irlandczycy, mimo prawie 40 lat wspólnego grania, to zespół składający się z relatywnie młodych ludzi. Członkowie dopiero kilka lat temu przekroczyli granicę 50 lat, więc, na szczęście, nadal żyją i mają się bardzo dobrze.

Nirvana

Gdyby nie oni, to nie wiem, kiedy zakochałbym się w muzyce rockowej. Nirvana już na zawsze stała się legendą. Ciężko mi powiedzieć, czy byłaby nią dzisiaj, gdyby nie śmierć jej lidera – Kurta Cobaina. Mówi się, że popełnił samobójstwo, jednak zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że było to zabójstwo. Co ciekawe, kiedyś przeczytałem książkę na ten temat i jeżeli mam być szczery, to coraz bardziej wierzę w to, że Kurta ktoś zabił. Muzyk 5 kwietnia 1994 roku dołączył m.in. do Briana Jonesa i zasilił szeregi Klubu 27.

The Doors

Doorsi, w co aż czasem bardzo trudno mi uwierzyć, swoje ostatnie występy w oryginalnym składzie odegrali ponad 45 lat temu. Ich międzynarodową karierę przerwała śmierć lidera – Jima Morrisona. Król Jaszczurów, jak potocznie nazywały go media oraz fani, zmarł w lipcu 1970 roku w Paryżu. Jego śmierć, podobnie jak lidera Nirvany, do dziś nie została ostatecznie wyjaśniona i budzi spore kontrowersje. Kolejnym członkiem grupy, który przeszedł na tamtą stronę, jest klawiszowiec Ray Manzarek. Zmarł w maju 2013 roku. Miał 74 lata.

Metallica

Sama nazwa zespołu wskazuje, że ciężko ich przypisać do wykonawców muzyki rockowej, ale w tym przypadku zrobię wyjątek. Zresztą, w 2009 roku Meta została wprowadzona do Rock And Roll Hall Of Fame. Członkowie grupy, podobnie jak w przypadku U2, są stosunkowo młodymi ludźmi. Żaden z nich nie dotarł jeszcze do granicy 55 lat (choć są rzeczywiście blisko). Pierwotny skład zespołu żyje nadal. Zginął następca Rona McGovney’a – Cliff Burton. Uznaje się go nie tylko za najlepszego basistę w historii Metalliki, ale też za najlepszego basistę w historii muzyki metalowej. Burton zginął w wypadku tour bus grupy w 1986 roku. Miał zaledwie 24 lata.

AC/DC

Australijczycy na ten moment mogą się pochwalić tylko jednym zgonem. Tym nieszczęśliwcem okazał się Bon Scott, wokalista, którego głos możemy usłyszeć w takich hitach grupy jak Highway To Hell czy T.N.T. Muzyk, co popularne w tym środowisku, zmarł po zadławieniu się własnymi wymiocinami we śnie. Miał niespełna 34 lata.

Powyższe zestawienie pokazuje jasno: prawdopodobieństwo, że za 10 lat umrze znaczna część dinozaurów muzyki rockowej jest bardzo duże. Większość z powyższych przedstawicieli praktykuje niezbyt zdrowy tryb życia. Lemmy Kilmister czy Ozzy Osbourne, którzy nie znaleźli się na mojej prowizorycznej liście, to kolejni wyznawcy zasady, że można grać koncert na trzeźwo, tylko po co? Z obozu Motörheada co jakiś czad dobiegają informacje, że ich lider ma coraz poważniejsze problemy ze zdrowiem. Nie zapominajmy o tym, że w części przypadków mówimy o facetach, którzy mają na swoim karku 70 lat. To, wedle wszelakich statystyk, stosunkowo sporo. A gdy zestawimy ich ze śmierciami takich postaci jak Janis Joplin, która odeszła w wieku, a jakże, 27 lat, to zdamy sobie sprawę, że mieli sporo szczęścia i jakieś turbodoładowanie, dzięki którym dożyli tak sędziwego (jak na rockmana) wieku.

Kiedyś w jednym ze swoich felietonów Jeremy Clarkson napisał, że w latach 70. koncerty zespołów rockowych były tak fascynujące dlatego, że ich członkowie mogli nie dożyć już następnego występu, a każdy z nich mógł być ich ostatnim. Jeremy ma to do siebie, że czasem hiperbolizuje niektóre fakty, i pewnie tak też było w przypadku tego stwierdzenia, jednak trzeba przyznać, że po części trafił w sedno sprawy – to przecież w tamtych czasach powstała maksyma żyj szybko, umieraj młodo.

Wielu znakomitych przedstawicieli muzyki rockowej odeszło już z tego świata. Możemy okazać się pokoleniem, które po raz ostatni ujrzy AC/DC czy The Rolling Stones na żywo w czasie koncertu. Dlatego pozwolę sobie sparafrazować pewien cytat: śpieszmy się kochać rockmanów tak szybko odchodzą.

Exit mobile version