Uwaga! Przed przesłuchaniem płyty upewnij się, że przez następną godzinę nikt nie będzie przeszkadzał Ci w oddawaniu się muzyce.
Patti Smith to bez wątpienia żywa legenda punk rocka. Wniosła do tej muzyki swój intelektualny sposób patrzenia na świat. Poetka, wokalistka, autorka tekstów. Kobieta z niesamowitym sposobem wyrażania się. Jej unikatowy sposób bycia i tworzenia sprawił, że uważa się ją za jedną z najważniejszych kobiet w historii rocka. Grupa Soundwalk Collective postanowiła wykorzystać jej wrażliwość, która idealnie wpasowuje się w ich estetykę. Czerpiąc z natury, tym razem wybrali się do Meksyku, by skorzystać z dźwięków świata.
The Peyote Dance, tak jak wcześniejszy projekt grupy, przedstawia Patti interpretującą pracę innego poety. W 1936 roku słynny francuski poeta, dramaturg i teoretyk Antonin Artaud udał się do Sierra Tarahumara w Meksyku, aby uciec od ograniczeń społeczeństwa, szukać mistycznych sposobów bycia. Znalazł klucz do wszystkiego w pejotlu. Efektem jego halucynogennej podróży w góry był zbiór pism, od których nazwy, wziął się tytuł płyty.
To co zostało stworzone, na pewno nie jest dla każdego. Nie posłucha się tego w radiu jadąc samochodem, nie jest to też coś, co może lecieć w tle podczas codziennych zajęć. Do pełnego zrozumienia i zachwytu, trzeba oddać się temu całym sobą, wyłączyć wszystkie zbędne bodźce i słuchać. Dla jednego będzie to zbawcze oderwanie od codzienności, dla drugiego to strata czasu. Jednak to każdego indywidualna sprawa, czy podda się temu doznaniu.
Jest niesamowicie ciężko recenzować The Peyote Dance w tych samych kategoriach, co typowy album. Jednak patrząc na kryteria, które sam sobie wyznacza, jest to niesamowicie inspirujący projekt. Łamie on granicę pomiędzy śpiewem, a mową. Znajduje idealny balans między dźwiękami tworzonymi, a odgłosami natury. Przekracza granice, które sama utworzyła. Może dla kogoś być to za dużo, za to inna osoba poczuje niedostatek. Jednak jest to materiał warty spróbowania. Te wszystkie odgłosy wywołują tyle różnych i skrajnych emocji, a to wszystko w 54 minutach materiału.
Od pierwszego przesłuchania, moją uwagę wyjątkowo ściągnął utwór Tutuguri: The Rite Of Black Sun. Dźwięki w nim zawarte są niesamowicie przeszywające. Gra na skrzypcach w ten sposób mogłaby się wydawać irytująca i drażniąca. Jednak w połączeniu z unikatową interpretacją słów przez Patti tworzy idealny balans. Wszystkie bodźce sprawiają, że można wręcz poczuć uczucia, które czuł autor pisząc te słowa. Gra intonacją, barwą i sposobem recytowania przez wokalistki jest w każdym momencie doskonale dostosowane. Do tego wstawka śpiewana pod koniec budzi niesamowitą ilość emocji. Do tego gra elektroniką idealnie dopełnia całość.
Ivry to utwór, który został wybrany jako utwór zapowiadający projekt i trzeba przyznać, że jest to dobra decyzja. Mimo że nie jest to wideo, które zobaczyło miliony, to na pewno te 10 tysięcy osób mogło zachęcić do wysłuchania całości. Jednocześnie jest to „najnormalniejsza” pozycja na płycie, więc wielu może zaskoczyć to, co przedstawia reszta pozycji.
Na pewno przesłuchanie tego albumu w całości wymaga wielkiej wrażliwości i cierpliwości. Jednak nie można nie docenić pracy Patti Smith oraz Soundwalk Collective, która została włożona w stworzenie tego dzieła. Każda minuta jest doskonale dopracowana, a sama podróż do Meksyku to wielkie poświęcenie dla tego albumu. Można by powiedzieć, że został idealnie zawarty w nim stan halucynacji, które opisuje autor. Jednak decyzja należy do słuchacza czy da się ponieść tym dźwiękom.

