W sobotę 14 września warszawski klub Hydrozagadka stał się rajem dla miłośników post-hardcore. Na scenie wystąpiły zespoły Tripsitter, Parting Gift oraz gwiazda wieczoru – Acres.
Gdybym miała złotówkę od każdej osoby, która na koncert zespołu Acres przyszła w Vansach, może nie byłabym bogata, ale na pewno mogłabym zafundować sobie dobry obiad. Wśród widowni liczne były również merchowe koszulki zespołu, zwłaszcza ta z wymownym napisem SAD SONGS FOR SAD DUDES. Tym właśnie jest bowiem melodyjny post-hardcore – muzyką dla osób nieco zagubionych, lubiących ostre brzmienia, ale jednocześnie posiadających delikatne dusze, wrażliwych na dobre teksty i nie wstydzących się czasem sobie popłakać.
Jako pierwszy na scenie pojawił się zespół Tripsitter pochodzący z Austrii. Muzycy dawali z siebie wszystko, grając naprawdę niezły, nieco agresywny metalcore z melodyjnymi wstawkami. Publiczność zdawała się jednak być dość obojętna na ich poczynania. Aż do momentu, kiedy mikrofon został zniesiony ze sceny, a w połowie sali pojawił się dodatkowy bęben – zespół postanowił zagrać ostatni utwór, stojąc pośród tłumu. Perkusista zużył kilka zestawów pałeczek na pełnym emocji uderzaniu nimi o podłogę (a ten odłamany fragment pałeczki, który przypadkiem uderzył mnie w ramię, zabrałam do domu jako pamiątkę).
Ten występ nieco ożywił zebrany w Hydrozagadce tłum, który już nieco entuzjastyczniej reagował na zespół Parting Gift, pochodzący z Wielkiej Brytanii. Grana przez nich muzyka, chociaż lżejsza od Tripsitter, sprawiała wrażenie sporo ostrzejszej niż na nagraniach. Może właśnie dlatego głos wokalisty kompletnie zagubił się w ścianie hałasu gitar i perkusji, w małym klubie ze słabą akustyką. A szkoda, bo Parting Gift mają na swoim koncie występy na dużych festiwalach czy supportowanie takich zespołów jak Neck Deep czy Underoath.
Acres w swojej twórczości łączą hałaśliwą, ciężką melodykę z łagodniejszymi, spokojniejszymi momentami i tekstami łamiącymi serce. W Hydrozagadce zaprezentowali dziesięć utworów, zarówno starsze (The Tallest of Mountains, Miles Apart), jak i te z najnowszego albumu Lonely World (Deathbed, Medicine, Talking In Your Sleep). Swoją najpopularniejszą piosenkę, Lonely World, zagrali dwa razy- pośrodku seta oraz jako bis, ponieważ jak sami powiedzieli, nie byli przygotowani na to, że publika go zażąda. Zespół został przyjęty przez warszawską publikę z dużą dozą entuzjazmu. Pod sceną utworzył się mosh pit, były również próby crowdsurfingu. Sprawdźcie poniżej, jaka energia panowała podczas koncertu!

