Kiedy w zeszłym roku dowiedziałem się, że Serj Tankian planuje wydać w niedługim okresie kolejne trzy albumy (a przypomnijmy, że Harakiri zostało wydane w połowie zeszłego roku), byłem nieźle zaskoczony. Ale i pełen obaw. Często jest bowiem tak, że krótki czas nagrywania źle wpływa na jakość samego materiału. Z drugiej jednak strony każdy z kolejnych trzech albumów wzbudził moją ciekawość. Orca to krążek nagrany z orkiestrą symfoniczną, a planowane Fuktronic ma być elektroniczną płytą zawierającą wypowiedzi wypuszczonego z więzienia gangstera. A Jazz-Iz-Christ? Jak sam tytuł mówi – album zawiera wpływy jazzu.
W każdym utworze na Jazz-Iz-Christ Serja wspierają inni artyści. Tigran Hamasyan, Valeri Tolstov, Troy Zeigler oraz Tom Duprey to tylko niektóre z nazwisk, które pojawiają się przy piosenkach z krążka. Nadali oni płycie jazzowe brzmienie. Nie sposób jednak pomylić ten album z muzyką popularną w lat 30. czy 40. Oprócz bowiem instrumentów dętych typowych dla muzyki tego typu możemy usłyszeć tu elementy delikatnej elektroniki. Album jest dla mnie nowoczesnym spojrzeniem na jazz.
http://www.youtube.com/watch?v=VsPyHdK94_k
Mam dosyć poważne zastrzeżenia i uwagi dotyczące tego albumu. Rozumiem, że Tankian chciał pokazać swoje inne, nieznane oblicze. Szkoda tylko, że w większości utworów z Jazz-Iz-Christ sam zainteresowany… się nie pojawia. Usłyszymy go raptem w czterech piosenkach. Biorąc pod uwagę, że oprócz tych kilku znalazło się tu miejsce dla kolejnych jedenastu, jest to dość mała liczba. W dodatku te kawałki, w których śpiewa, są zdecydowanie najlepszymi na płycie. W gustu szczególnie przypadł mi zamykający krążek utwór Miso Soup. Nieco odstaje od innych – jest od nich szybszy, bardziej przebojowy. No i całkiem spodobał mi się jego zabawny tekst, w którym wielokrotnie pojawia się zdanie: wszyscy lubimy miso zupę. Lubię także dwa kojące nagrania: Distant Thing oraz Song of Sand. To pierwsze sprawia wrażenie smutniejszego, bardziej emocjonalnego. Z kolei Song of Sand najszybciej na Jazz-Iz-Christ wpada w ucho. Nie można przegapić ponadto piosenki pt. Garuna. Nawiązuje nieco do muzyki klasycznej, a chórek pod koniec dodaje mu powagi i patosu.
A co z pozostałymi numerami na Jazz-Iz-Christ? Są idealne do słuchania podczas mycia naczyń. Nie polecam tej muzyki natomiast do słuchania w spokoju i w skupieniu. Wtedy prędzej się zanudzimy niż zachwycimy. Wszystkie oparte są właściwie na tym samym pomyśle – delikatne dźwięki instrumentów typowych dla jazzu (trąbki, pianino, smyczki w otwierającym album Fish Don’t Scream) zmieszane z różnymi dziwnymi efektami elektronicznymi. Z tego opisu nieco wyłamuje się nudne i rozlazłe End of Time, w którym śpiewa jakaś kobieta. I fałszuje przeokropnie. Nie lubię także chaotycznej i przekombinowanej piosenki Jinn. Zaczyna się ładnie, spokojnie. Jednak już po minucie mam dość. Ciekawie rozpoczyna się także Papa Blue. Muzyką przywodzącą mi na myśl filmy o Bondzie. Kończy się jak każdy inny numer na płycie. W Yerevan to Paris dodano jakby taneczny bit, a Balcony Chats przywodzi mi na myśl muzykę Bliskiego Wschodu. Mimo tego utwory te niewiele się spośród innych wyróżniają. Dopiero przesłuchując je oddzielnie, mocno się na nich skupiając, dostrzeżemy subtelne różnice między nimi.
http://www.youtube.com/watch?v=B83Y0b5n3gU
Płyta Jazz-Iz-Christ udowodniła mi, że Serj potrafi odnaleźć się w różnych muzycznych gatunkach. W końcu cztery utwory, w których się pojawia, całkiem mi się podobają. Mam niestety mieszane uczucia, jeśli chodzi o instrumentalne piosenki. Są jakieś takie nijakie, przekombinowane i nudne. Poza tym wolę Tankiana w wersji rockowej, metalowej. W ostrzejszych brzmieniach wypada bardziej naturalnie.
