Kim był Andrzej Zaucha? Artystą wybitnym. To jest więcej niż pewne. Serca bicie czyli biografia o nim samym autorstwa Katarzyny Olkowicz oraz Piotra Barana. Twórczością zmarłego wokalisty zaczęłam się interesować tak naprawdę od niedawna, dlatego bardzo się ucieszyłam na wieść o tej książce.
Pomyślałam jednak, że zacznę od krótkiej charakteryzacji artysty, a jednocześnie bohatera tego dzieła literackiego. Andrzej Zaucha był polskim wokalistą rhythm-and-bluesowym oraz jazzowo-popowym. Ponadto był również saksofonistą altowym, perkusistą, aktorem i artystą kabaretowym. Choć z miał zawód zecera to stał się też muzycznym samoukiem. Osiągnął niewyobrażalne sukcesy i zapewne zdobyłby ich jeszcze więcej, gdyby nie tragiczna śmierć. Był żonaty z Elżbietą, która zmarła wskutek udaru mózgu. Osierocił ich wspólną córkę, Agnieszkę.
Czytając już pierwszą stronę można odczuć pozytywne zaskoczenie. Książka została zadedykowana tym, którzy dopiero zaczęli poznawać twórczość Zauchy. Czyli, podejrzewam, coś w sam raz dla Was. Jest to bardzo sympatyczny gest autorów w stronę czytelników. Aczkolwiek później nie jest już tak kolorowo – zaczyna się od rozdziału opisującego śmierć artysty. Choć cała treść jest dość krótka i konkretnie napisana, to i tak można odczuć smutek oraz niezrozumienie. Myślę, że do dziś dużo osób – podobnie jak ja – twierdzi, iż była to śmierć bezsensowna. Dla niego oraz dla kobiety, która z nim tamtej nocy była. Mam na myśli Zuzannę Leśniak – aktorkę. Zabójcą okazał się być… jej mąż, francuski reżyser Yves Michel Goulais. Później zaczyna się „typowa biografia” zaczęta od dzieciństwa. Poruszono takie kwestie jak jego smykałkę do instrumentów, ale również… do sportu. Mógłby zostać nawet olimpijczykiem, gdyby nie zrezygnował z kajakarstwa. Został jednak wokalistą, aczkolwiek potrafił grać chociażby na perkusji. Był samoukiem, lecz szybkim i zwinnym. Napisano też o jego troszkę skomplikowanych relacjach z rodziną. Moim zdaniem czegoś tutaj zabrakło – dzieciństwo zostało opisane zbyt… krótko. Ale za to można obejrzeć rarytasowe zdjęcia.
Następne kartki „opowiadają” nam o początkach kariery artystycznej przeplatane faktami i wypowiedziami najbliższych współpracowników, przyjaciół oraz rodziny. Duża część cytatów została po prostu przepisana z innych książek i materiałów. Ale za to wszystko mamy w jednym miejscu. Interesująca jest opowieść o początkach w zespole Dżamble – zostały poruszone takie kwestie jak jego charakter i podejście do pracy. Lecz nie tylko! Aczkolwiek ciężko opisać bądź wyrazić swoje zdanie na każdy temat, ponieważ zamiast recenzji wyszłyby same spojlery – a tego nie chcemy, prawda? Pojawiają się także rozdziały takie jak chwalenie jego talentu przez bliskich dla niego osób, wyjątkowych – a nawet nietypowych! – relacjach z żoną i córką, życiu po Dżamblach… i krótkiej przygodzie w Anawie – nie wiem czy wiecie, ale muzyk zastąpił na chwilę Marka Grechutę. Ciekawy jest opis, i to nawet długi, odnośnie kariery… zagranicznej. Zupełnie inny świat i to jeszcze tak dawno. Teraz (prawie) wszystko się zmieniło, lecz moim zdaniem coś jednak pozostało. Czytając te fragmenty można sobie samemu porównać do aktualnych czasów i wyciągnąć z tego wnioski. Najśmieszniejsza była dla mnie pewna historia samochodowa oraz interesujące wzmianki o topowych wówczas artystach – Michael Jackson i Freddie Mercury.
Tak swoją drogą… końcowe strony są naprawdę nietypowe. Nie przypominam sobie, abym czytała coś podobnego w innych książkach biograficznych. Nie potrafię jednak do końca zdefiniować swojej opinii na ten temat, ponieważ ciągle mam mieszane uczucia. Albo… zostawię to Wam.
Dobrze, koniec tego dobrego – czas na podsumowanie. Warto odpowiedzieć na pytania zadane w książce. Kim był Andrzej Zaucha? Wybitnym artystą. W czym tkwi jego fenomen? W tym, że po prostu był. Jak wspominają go najbliżsi przyjaciele? Tego się dowiecie czytając. Czy warto? Tak. Można się pośmiać, wzruszyć, pomyśleć i zastanawiać się – jak ktoś lubi – „co by było, gdyby”. Jest to bardzo przyjemna lektura, taka w sam raz na relaks. Można się wiele dowiedzieć nie tylko o wokaliście, ale również o innych, ciekawych osobach – niekoniecznie związanych zawodowo z muzyką. Są tylko dwa, małe minusy… Uważam, iż książka jest za krótka. 280 stron to stanowczo za mało. Ponadto dużo poruszonych kwestii, w tym dziele literackim, zostały opisane zbyt… konkretnie. Brakowało mi tutaj czegoś. Jakichś szczegółów, szczególików. Bardziej rozszerzonych opisów, takiego – swego rodzaju – wczucia emocjonalnego w tej historii, która skończyła się tragicznie, ale de facto była w dużej mierze piękna. Tak czy siak, wciąż ją polecam! Szczególnie tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z jego twórczością.
