Selena Gomez jest mi znana od dawna. Jeszcze jako dziecko oglądałem ją w Czarodziejach z Waverly Place i filmach Disneya. Kiedy rozpoczęła swoją muzyczną podróż z zespołem The Scene uważnie przyglądałem się jej rozwijającej karierze. Następnie nadszedł czas na solową przygodę i album Stars Dance, który był dobry, aczkolwiek czegoś mi w nim brakowało. Po dwóch latach nastąpiło jednak pełne odrodzenie artystki.
Zacznijmy w takim razie od singli. Zarówno Good For You, w którym gościnnie udziela się A$AP Rocky, jak i Same Old Love są moim zdaniem idealnym materiałem na promocję płyty. Kawałki spełniają wszelkie kanony piosenek radiowych. Pierwszy z tej dwójki spisał się w swojej roli na medal. Dzięki niemu świat poznał Selenę od innej, dojrzalszej strony, przez co zrobiło się o niej dość głośno. Na dodatek, kawałek jako pierwszy z utworów Seleny pokonał „klątwę 6 miejsca” i dotarł do 5 pozycji na liście Billboard. Jeżeli chodzi o Same Old Love, to najbardziej przypadł mi w nim do gustu refren. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz usłyszałem ten numer, nie mogłem przestać go nucić, co nie zdarza mi się zbyt często.
Kolejnymi kompozycjami, które poznaliśmy jeszcze przed premierą płyty, są Me & the Rhythm oraz Sober. Pierwsza piosenka zachwyca głównie w refrenach. To właśnie tam Selena najbardziej bawi się wokalem i zaczyna w pełni wykorzystywać swoje możliwości. Najmocniejszym punktem w Sober jest dla mnie tekst. Uważam, że cała reszta jest nie do końca wykorzystana. Owszem, kawałek jest dobry, jednak Selena mogła sobie w nim pozwolić na o wiele więcej manewrów wokalnych, a muzyka, która jest tutaj bardzo statyczna, powinna się rozwijać wraz z piosenką. Gdyby wokalistka zaśpiewała w sposób, który wykorzystała przy poprzednim utworze, to całość z pewnością brzmiałaby o wiele lepiej. Wtedy ogromny potencjał utworu byłby w pełni wykorzystany.
Przyjrzyjmy się teraz balladzie pt. Camouflage. Jest to kompozycja przemyślana i spójna od początku do końca. Prostota tego kawałka jest czarująca i oszałamiająca zarazem. Jak widać Selena nie zawsze potrzebuje szalonych i tanecznych dźwięków, aby brzmieć rewelacyjnie. Wystarczy pianino w tle i porządny tekst z intrygującym przesłaniem. Na coś takiego czekałem długo, jednak cel został w końcu zrealizowany. Do mocnych punktów albumu należy również zaliczyć sam jego wstęp. Revival to pierwszy sygnał, który ostrzega słuchacza, że ma zapomnieć od dawnej Selenie i przygotować się na szczere wyznanie dokonane poprzez muzykę. Ja osobiście uwierzyłem w każde słowo, które padło z jej ust w tej piosence i jestem dumny z kroków, jakie podjęła w swojej muzycznej karierze.
Sporym zaskoczeniem było dla mnie Survivors. Utwór z pozoru wydaje się monotonny i niespecjalnie zróżnicowany, jednak w tym momencie nie to jest najważniejsze. Tym razem wystarczy mi sam głos wokalistki, który sprawia, że mam ochotę iść z nią ramię w ramię ulicami największych miast i wyśpiewywać:
„We are survivors
We are survivors of the wild”
Do Kill Em With Kindness z początku nie mogłem się przekonać. Wszystko w tej piosence jest na miejscu, jednak coś blokowało mnie przed określeniem, czy jest ona mocną, czy może słabą stroną tej płyty. Dopiero przy drugim odsłuchu, gdy zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie Selenę, która śpiewa ten utwór z uśmiechem na twarzy, dotarło do mnie, że geniusz nie zawsze da się dostrzec przy pierwszym spojrzeniu/odsłuchu. Tracklistę zamyka Rise. Ze wszystkim kawałków, które znalazły się na tej płycie, uważam, że on najlepiej nadaje się jako podsumowanie i spięcie wszystkiego w całość. Cała kompozycja jest jedną wielką przemową, która ma wszystkich słuchaczy zmotywować do walki o samych siebie. Cieszę się, że zastosowano tutaj tak znaczącą zmianę tempa między zwrotką a refrenem. Bez tego manewru utwór nie miałby tej niezwykłej mocy i z pewnością nie wywarłby na mnie takiego wrażenia.
Na koniec zostawiłem sobie moich ulubieńców. Hands To Myself to numer, któremu nie mogłem tak po prostu dać się skończyć. Przy pierwszym odsłuchu płyty odtworzyłem go co najmniej sześć razy zanim poszedłem dalej. Budowa tej piosenki jest idealnie dopasowana do Seleny. Z początku mamy dość spokojne zwrotki, jednak w refrenie dochodzi do czegoś magicznego. Zmienia się nie tylko muzyka, ale również sposób, w jaki wokalistka czaruje nas swoim wokalem.
„Can’t keep my hands to myself”
Na dodatek dziewczyna śpiewa tutaj tak, jakby szeptała nam większość tekstu do ucha. Ten element sprawia, że utwór wyróżnia się na tle pozostałych. Drugim moim faworytem jest Body Heat. Przy tym kawałku nie da się usiedzieć w miejscu. Nie do końca pasuje mi on do reszty utworów, jednak jest na tyle dobry, że nie stanowi to dla mnie większego problemu. Wokalistka kojarzy mi się tutaj z rozpoczynającą swoją karierę Jennifer Lopez. Latynoskie rytmy rozbrzmiewają przez cały utwór, a wokalnie artystka czuje się w tym numerze jak ryba w wodzie. Oby więcej takich piosenek w wykonaniu Seleny.
Po zapoznaniu się z całym albumem mogę śmiało stwierdzić, że jest to przełomowy krążek w karierze tej młodej wokalistki. Artystka odsłania na nim swoje najbardziej skryte strony i jest zwyczajne szczera ze swoimi odbiorcami. Śpiewa o ważnych dla siebie sprawach, co można łatwo dostrzec we wszystkim powyższych utworach . Mam nadzieję, że z każdym kolejnym albumem będzie pielęgnować wszystko to, co zaczęła za pomocą Revival.

