W piątek 25 lutego wielki powrót zaliczyła nie tylko Avril Lavigne, ale też legendarny zespół Scorpions. Mimo zapowiadanego już od lat przejścia na emeryturę, grupa ta wydaje kolejne płyty i niejako stawia się w roli patrona prawdziwego hard-rockowego brzmienia. Czy nawet pięćdziesiąt siedem (!) lat po powstaniu zespół ten wciąż jest w stanie obronić swoją pozycję i jakie znaczenie ma tutaj najnowszy album – Rock Believer?
Zespół Scorpions powstał w 1965 roku a jego brzmienie przez te wszystkie lata znacznie ewoluowało. Panowie przeszli od grania hard rocka i heavy metalu przez glam metal aż po soft rocka, stając się niejako Bogami melodyjnych, lirycznych, power-rockowych ballad – bo kto nie kojarzy takich hymnów jak No One Like You, Still Loving You czy Wind Of Change? Te właśnie heavy-metalowe ballady stały się niejako wizytówkami grupy i pojawiają się na każdym albumie – przeważały i ilościowo i jakościowo chociażby na Return to Forever, nie zabrakło ich także na najnowszym, dziewiętnastym albumie studyjnym Scorpions, który został zatytułowany Rock Believer.
Płyta została wydana 25 lutego, niemal równo siedem lat po poprzedniku, a dokładnie pięćdziesiąt po debiucie zespołu, czyli krążku Lonesome Crow. Co po tylu latach na rynku, mając takie doświadczenie, status światowej legendy, kilka pożegnań na koncie, grupa ta jest w stanie zaoferować nie tylko swoim wiernym fanom, ale też wielbicielom cięższego brzmienia, które dziś już wcale nie jest takie oczywiste? Czy Rock Believer wnosi coś nowego, świeżego do rockowego środowiska, czy jedynie udowadnia pewną pozycję, jaką Scorpions udało się uzyskać w ciągu tych ponad pięćdziesięciu lat na rynku muzycznym?
W przypadku tego zespołu trudno w jakiś sposób nie wspomnieć o okładce albumu. Grupa słynie z dość kontrowersyjnych coverów – zarzuca się jej uprzedmiotawiające przedstawianie kobiet, a nawet… pedofilię – skandal wokół okładki albumu Virgin Killer odbił się w świecie muzyki szerokim echem. Teraz jest nieco spokojniej, ale trudno nie zauważyć, że na okładce znalazły dwa motywy, które najczęściej pojawiają się na graficznych elementach płyt grupy – postać kobiety (wcześniej chociażby na In Trance, Lovedrive czy Savage Amusement) i otwarte usta, wyrażające krzyk (widoczne też np. na Blackout, In Trance i Acoustica). Raczej przeciętna, ale nie powiem, w jakiś sposób charakterystyczna, będzie mi się już zawsze kojarzyła ze zwrotem Rock Believer.
Jak jest z brzmieniem? Zacznę od głosu Klausa – choć słychać po nim nie tylko wiek, ale też i długoletni staż, to trudno mu cokolwiek zarzucić. Muzyk nadal potrafi lawirować między skalami, a jego śpiew brzmi naprawdę dobrze, co słychać już w otwierającym album, dynamicznym numerze Gas In The Tank. Sama piosenka jest genialnym początkiem – w ucho rzuca się przede wszystkim świetna partia gitary, energię tą kontynuują także Roots In My Boots i mający metalowy pazur Knock ‘em Dead – riffy przenoszą słuchacza chociażby do genialnego Blackout. Rzeczywiście czuć korzenie pełne mocy i dobrego grania. Zaczyna się naprawdę ciekawie.
Tego energicznego brzmienia nie brak też w dalszej części krążka – odniesienia do klasycznego rocka słychać chociażby w Hot And Cold, a już When I Lay My Bones To Rest to dawka prawdziwego, dynamicznego rock and rolla! Warto w tym numerze zwrócić uwagę na świetną perkusję Mikkey’a Dee, który dołączył do Scorpions w 2016 roku, wcześniej zaś znany był z gry w zespole Motörhead. Wydaje się więc, że te mocne, intensywne brzmienie jest w dużej mierze zasługą właśnie jego osoby, gdyż tej energii zabrakło na poprzedniku z 2015 roku.
Numer tytułowy, wydany już w styczniu jako drugi singiel z płyty, wciąga totalnie, genialnie łącząc w sobie power-rockową balladę w zwrotkach i prawdziwy hard-rockowy hymn w refrenie. Uwielbiam ją też ze względu na tekst, taki cudowny prztyczek w nos dla każdego, kto twierdzi, że rock umarł – dzięki Rock Believer możemy na to “odśpiewać”:
Scream for me, screamer
I’m a rock believer like you
Just like you
Come on, scream for me, screamer
I’m a rock believer like you
Just like you
Nieco spokojniej, ale też niestety nudno i mozolnie, robi się za sprawą Shining Of Your Soul – świetna solówka w środku kawałka, ciekawa klasyczna perkusja, ale całość jakoś mi się nie klei. Tak samo nie pałam zbyt dużą sympatią do pierwszego singla z albumu, czyli Peacmaker – za każdym razem strasznie szybko wypada mi on z głowy i nie pamiętam żadnych jego szczegółów, poza powtarzaną w refrenie frazą:
Peacemaker, peacemaker
Is there a better life
Peacemaker, peacemaker
Under the sun?
Seventh Son to już kawał prawdziwego ciężkiego, heavy-metalowego brzmienia, które przywodzi na myśl dokonania Led Zeppelin, zwłaszcza za sprawą tego przygniatającego, powolnego, mocnego rytmu. W bardzo podobnym charakterze utrzymana jest kompozycja Call Of The Wild, opatrzona ciężkim gitarowym riffem.
Najlepsze zostało jednak na koniec. Power-rockowa ballada When You Know (Where You Come From) przywodzi na myśl najbardziej znane i kultowe hymny zespołu z Wind Of Change i Send Me An Angel na czele, co tylko udowadnia, że grupa postanowiła powrócić do swoich najlepszych korzeni. Podniosły, wzniosły śpiew Klausa, świetny, głęboki riff i nostalgiczny rytm perkusji – klasa.
Szczerze powiem, że po Peacemaker nie nastawiałam się na zbyt dużo, jeśli chodzi o nowy album zespołu. Wiarę przywrócił mi dopiero singiel tytułowy, jednak dopiero po całości przekonałam się, że Scorpions, mimo prawie sześćdziesięciu lat na rynku, są w stanie pozytywnie zaskoczyć. Na Return to Forever było sporo ballad, które wypadły zdecydowanie lepiej w porównaniu do tych “mocniejszych” kawałków – tam zabrakło energii. Widocznie Panowie musieli zrobić sobie dłuższą przerwę, powitać w swoim gronie Mikkey’a Dee, by nieco zmienić klimat, nabrać charakteru i mocy – a także wrócić do korzeni. Na Rock Believer dominuje dynamiczność, energia, świetne, rockowe brzmienie, które charakteryzowało, uznawany przez wielu krytyków za najlepszy album zespołu, projekt Lovedrive.
Scorpions rzeczywiście nadal są ostoją hard rockowego grania i w sumie po tym albumie nie chcę żeby przechodzili na emeryturę – okazuje się, że grupa nadal jest w stanie dużo zaoferować fanom mocnego brzmienia. Dobrze wiedzieć, że korzenie mają się tak dobrze. Wierzę w Ciebie Rocku żywy!
